Posts Tagged ‘Żarcie’


Kto był u nas na imprezie ten wie, że micha z brokułami znika pierwsza. Kiedy gościom mija kac dzwonią i proszą żonę o przepis.

Potrawa prosta, mało pracochłonna i zajebista. Doznania smakowe trzeba jednak okupić straszliwym czosnkowym wyziewem z paszczy który utrzymuje się bardzo długo i komplikuje życie towarzyskie przez jakąś dobę po spożyciu. Mimo to warto.

Po nabyciu dwóch lub trzech okazałych brokułów rozdrabniam je na mieszczące się do rozdziawionej japy kawałki, wrzucam do gara, solę i gotuję na półtwardo, odcedzam, pozwalam wystygnąć i wołam żonę, żeby przygotowała sos. Żona zciera na tarce okazały kawał sera żółtego, wyciska jakieś dziesięć ząbków czosnku, dodaje śmietanę, majonez i miesza. Nakłada polewę na brokuły, posypuje pieprzem i gotowe. Polewa powinna mieć konsystencję zbliżoną do majonezu, tak aby nałożona na brokuły nie spłynęła na dno michy.

Czosnkowe niebo w gębie gotowe.

Reklamy

To już koniec epopei o rzeżusze, o patrzeniu jak rośnie. Nadeszła oczekiwana era konsumpcji. Amen.

Po pierwszym cięciu można było przystąpić do przyrządzenia Znikającej bułki. Aby przygotować znikającą bułkę, należy udać się do sklepu i nabyć takową, koniecznie świeżą, wrócić do domu i przekroić ją na pół. Połówkę bułki smarujemy własnoręcznie przygotowanym masłem czosnkowym. W moim wykonaniu masło czosnkowe składa się z masła, kilku wyciśniętych ząbków czosnku, bazylii suszonej, papryki słodkiej w proszku, soli i pieprzu. Posmarowaną bułkę posypujemy starannie ściętą rzeżuchą i solimy. Akurat miałem w lodówce parmezan więc też sypłem.

Efekt nie do opisania. Pyszny specyficzny smak.

A oto dokumentacja fotograficzna zjawiska znikającej bułki:

A potem był już tylko nawóz…………..


No tylko patrzeć jak rośnie. Już niedługo, jutro pierwsze cięcie, pierwsza bułeczka z rzeżuchą, żołądek przysycha mi do kręgosłupa na samą myśl. Może dzisiaj? Łypnijcie okiem na foty!


Z niejednego garnka, słoika, puszki, kartonika czy torebki pomidorową jadłem. Jadłem z ryżem, z makaronem a nawet z ziemniakami.  W hektolitrach można liczyć ilość pomidorowej, którą mój grafomański organizm przetworzył na nawóz. Pożarłem jej tyle, że mogę zaryzykować stwierdzenie że jestem koneserem tej najwspanialszej z zup.

Jako koneser mogę zareklamować Pomidorową Żony jako wybitną.

Żona już dawno zrezygnowała z używania mechanicznego robota kuchennego. Robot ów zajmujący wraz z osprzętem całą szafkę w kuchni przegrał rywalizację z organicznym kuchennym urządzeniem do krojenia marki „Roman” uzbrojonym w ostrze marki „Fiodor” (jedyny ostry w domu nóż który odziedziczył imię po swoim poprzednim właścicielu Fiodorze, z którym współmieszkałem onegdaj w akademiku). Lubię obierać i kroić, więc żona aby nie pozbawiać mnie przyjemności łaskawie pozwala mi przygotowywać warzywa do zupy. Żona nie ma stałego przepisu w stylu łyżka soli, szczypta pieprzu, szklanka tego, pół szklanki tamtego. Nie. Ona komponuje zupę na czuja, ciągle czegoś dodaje, smakuje, potem wsypuje coś innego, ponownie smakuje, miesza, dolewa, krząta się, a ja siedzę z boku nad pustą jeszcze michą i niczym pies Pawłowa produkuję ślinę na każdy dźwięk uderzenia łyżki o garnek czekając aż napełni swoim legendarnym wywarem moją michę. Efekt zawsze jest piorunujący, za każdym razem zupa jest lepsza od poprzedniej, przynajmniej tak mi się wydaje. W trosce o to, aby pomidorowa nie spowszedniała żona nie gotuje jej częściej, niż raz w miesiącu.

W przygotowaniu zupy widocznej na zdjęciu z zapałem uczestniczyli:

Żona, Ja, Fiodor, garnek, pokrywka do garnka, wazówka, trzy talerze, dwa kubki, łyżka, deska do krojenia, tarka, solniczka, blat, lodówka, kuchnia, kran, zlew, gąbka, gaz, szuflada, kosz na śmieci, bambosze i okno.

Heroicznie dla zupy poświęcili się:

Kura i kilkanaście jej koleżanek, które charytatywnie przekazały swoje podroby, seler, marchewka, pietruszka, cebula, czosnek, por, szczypior, pomidor, natka selera i pietruszki, kostki rosołowe, przecier pomidorowy, puszka pomidorów całych bez skórki, sól, pieprz, chili, czosnek granulowany, woda, śmietana, makaron „świderki”, parmezan.

Bruździł:

Gucio


Jestem tak leniwy, że nawet rzeżuchy mi się wysiać nie chce. Zakisiłem od Wielkanocy kilka paczek nasion bo lubię, ba nawet bardzo lubię. Od tygodnia obiecuję sobie, że wysieję i nic. Jak mam to szamię ze wszystkim, dodaję do obiadu, kanapek, sałatek, surówek, mizerii i w ogóle do wszystkiego. Lubię patrzeć jak rośnie, troskliwie usuwam resztki nasion, żeby malutkie listki nie kisiły się biedne w skorupkach, podlewam, rozdzielam, opiekuję się. Samo wysiewanie trwa dobre dwie godziny. Do wielkiego półmiska wsypuję ziemię, nalewam wody i każde ziarnko układam osobno, broń Boże, żeby się nie skleiły bo potem szybsza roślinka ciągnie za sobą tą słabszą i wyrywa ją powodując straty w plonach, a to jest niedopuszczalne. Nawet trochę mi żal kiedy rzeżucha osiąga rozmiary spożywcze i trzeba ciąć moje wypielęgnowane małe roślinki.

Żal natychmiast mija kiedy przeżuwam pierwszy kęs kanapki z rzeżuchą. Jadłem rzeżuchę na wiele sposobów, ale nic nie wygra ze świeżą bułką z masłem, rzeżuchą i odrobiną soli. Mmmm. Może jutro uda mi się pokonać lenistwo i wysiać półmisek.

Tym wpisem rozpoczynam serię spożywczą mojego bloga pod tytułem Żarcie. Czyli o tym co lubię, ale nie umiem, oraz o tym co umiem, ale nie lubię, bo to co umiem robiłem tyle razy, że nawet jak kiedyś lubiłem to już teraz nie za bardzo. Mam nadzieję że Żona, która robi to co lubię, ale nie umiem będzie mi fachowo doradzała, bo wybitne zdolności małżonka w tej dziedzinie posiada.

A wracając do rzeżuchy to lubię pstryknąć jej czasem parę fotek. Oto kilka z nich: