Posts Tagged ‘Żarcie’


Stało się. Jestem gruby! Niektórzy nawet mówią na mnie kwintal. Drugi kwintal już w zasięgu wzroku, znaczy w zasięgu żołądka. Trza działać. Jakiś łebski gość wykombinował, że zeżerając dużo białka mogę zostać smukłym ciachem. Dowiedziawszy się o tym postanowiłem działać i popełniłem zawijasy szynkowe z twarogiem, jajkiem, korniszonem, cebulą, porem i kapeczką musztardy. Dałem radę pożreć trzy, po czym leżałem godzinę jelitami do góry. Tak sobie leżąc niespecjalnie czułem, że chudnę. Ale co tam, fachowcom trzeba ufać.

 

Reklamy

Mam taki swój graforomański rytuał na przywitanie wiosny. Ogłaszam oficjalne przyjście wiosny popełniając twaróg ze szczypiorkiem.
Właściwie to nie jest szczypior. Kiedyś myślałem, że to szczypior siedmiolatka. Ale nie. Po latach doszedłem do wniosku, że to jednak nie jest siedmiolatka. Wymóżdżyłem, że to jest NI TO SZCZYPIOR NI TO CZOSNEK. Wygląda jak szczypior, smakuje jak szczypior, ale pachnie czosnkiem. Ni to szczypior ni to czosnek wyrasta zanim krokusy czy inne śnieżyczki zaczną szpanować kolorami. 
 
Każdego roku wczesną wiosną wyposażony w scyzoryk udaję się w sekretne miejsce, w którym rośnie ni szczypior ni czosnek. Zrzynam brutalnie garść ni to szczypiora ni to czosnku i sporządzam pierwsze oficjalne wiosenne danie, czyli twaróg z szczypiorowo-czosnkową hybrydą.
 
Przepis jest prosty. Twaróg, śmietana, szczypioropodone coś, sól i pieprz. wszystko trzeba wymieszać. Po zimowych brakach świeżych roślin wiosenny twaróg smakuje na kanapkach  jak cholera. Mam tylko nadzieję, że ten ni to szczypior ni to czosnek nie jest chroniony albo toksyczny. 
A oto On:

Ni to szczypior ni to czosnek

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

Wyszło na to, że pierwszy wpis w tym roku będzie o żarciu.

Jedyną wadą zup jest to, że nie ma co w nich gryźć. Zawsze nakładając sobie zupę wybierałem gęste frakcje z dna gara, tudzież wazy. Ileż można? Ileż można wiosłować wazówką po garze, żeby wydobyć choć jeden lichy kawałek marchewki? To nie ludzkie! Człek głodny jak cholera, a tu każą jeść tłustą wodę z kawałkiem mięsa i warzywka. Na starość powiedziałem dość! Postawiłem się tradycji i zacząłem gotować zupy po swojemu, po gęstemu! Pisałem już wcześniej, że uwielbiam kroić, ciachać, obierać i ćwiartować. Jestem Wielofunkcyjnym Organicznym Robotem Kuchennym (czytaj WORKer) z opcją wynoszenia śmieci i wyprowadzania psa na spacer. Wróciłem ostatnio do swojego starego ostrza roboczego FiodoraZaostry nie wytrzymał i rozpadł się w wyniku intensywnej eksploatacji.

Wracając do barszczu. Najsampierw, albo nawet najsamprzód wrzucam do gara napełnionego do połowy wodą fragment nieżywej kury i gotuję. Doprawiam kostką rosołową, solą, pieprzem, lubczykiem, liściem laurowym i zielem angielskim. Tu do akcji z zapałem wkracza nóż Fiodor. Obiera, kroi i chlasta bez opamiętania. Po kolei do wywaru trafiają: cebula, czosnek, por, seler, pietruszka, marchew, natka pietruszki, koper i liście buraka (zamroziłem sobie latem). Tym razem do barszczu trafiła także kiełbasa jałowcowa, żołądki drobiowe i grzyby suszone. Na koniec wrzucam dużo startych i pokrojonych buraków ćwikłowych. Szaleństwo krojenia i wrzucania warzyw do gara trwa tak długo, aż gar wypełni się po brzegi. Kiedy już gar jest pełen, a warzywa i mięso wystają ponad lustro zupy wlewam odrobinę octu dla zachowania koloru, zaprawiam śmietaną i można jeść. No prawie można. Wrzucam do michy kilka ugotowanych wcześniej ziemniaków, zalewam je moim produktem barszczopodobnym i pożeram.


Nie do końca wiadomo, kto pierwszy wpadł na pomysł żeby dodać ketchupu do grzybów leśnych. Prawdopodobnie ciotka Maryśka jako pierwsza popełniła takie karkołomne połączenie. Podchwyciłem i udoskonaliłem ten przypadkowy przepis.

Składniki:
– Ugotowane grzyby leśne
– Cebula
– Papryka słodka
– Papryka słodka w proszku
– Ketchup
– Sól, pieprz
– Olej
Na początek mała uwaga. Gotujemy tylko grzyby małe i młode. Najlepiej nadają się do gotowania grzyby „blaszkowe” (kurki, rydze, opieńki, gołąbki, kanie itp) Stare grzyby po ugotowaniu uzyskują konsystencję gluta i nie za bardzo nadają się na patelnię.
 
 
 

Ugotowane grzyby bierzemy w garść i wyciskamy z nich tyle wody ile zdołamy. Wrzucamy wyciśnięte grzyby na patelnię i smażymy na oleju razem z drobno posiekaną cebulą. Solimy i pieprzymy do smaku. Dzięki cebuli zapach grzybów staje się bardziej intensywny. Kiedy uznamy, że nadmiar wody zawartej w grzybach już odparował, wtedy dosypujemy posiekaną czerwoną lub żółtą paprykę. Następnie dosypujemy obficie paprykę słodką w proszku i ketchup. Smażymy jeszcze dziesięć minut i gotowe. Grzyby mają skłonność do przyklejania się do gorącej patelni, więc przez cały czas smażenia co chwilę trzeba zamieszać.

Tak przyrządzone grzybki można pożerać z pieczywem lub jako dodatek do ziemniaków. Można także udekorować nimi schabowe, lub inne kotlety. Dla mnie najlepiej smakują na zimno. Nie próbowałem jeszcze przyrządzać w ten sposób pieczarek, ale podejrzewam, że wyjdą równie dobre.

Smacznego!


Kiedy w sklepie zobaczyłem dorodne główki czerwonej kapusty nagle w moim mózgu coś zatrybiło ze zgrzytem. Dawno nieużywany pordzewiały mechanizm zakurzonych wrót do archiwum smaków dzieciństwa ruszył z jękiem. Drzemiący w środku samotny neuron archiwista podniósł się z krzesła i marudząc pod nosem ruszył w stronę regału z napisem Kapusta. Szedł wzdłuż regału i czytał na głos napisy na segregatorach: Bigosy, kapusta kiszona, surówki – Dlaczego segregator, którego szukam jest zawsze na końcu? – narzekał, ale szedł dalej. Kapuśniaki, gołąbki, pierogi z kapustą, brukselka. W końcu zauważył segregator z napisem „Kapusta czerwona”.  – No nareszcie – westchnął z ulgą, chwycił segregator i wrócił do swojego biurka. Stary faks dopiero potraktowany pięścią postanowił się uruchomić. Neuron archiwista otworzył segregator, zdmuchnął kurz z pożółkłej kartki z opisem smaku duszonej czerwonej kapusty. Wybrał numer do działu myśli bieżących i wysłał faks.

Zatrzymałem się w pół kroku. Dobre piętnaście lat nie jadłem czerwonej kapusty, pamiętałem że zażerałem się tą kapustą bez opamiętania. Zareagowałem niczym pies Pawłowa i walcząc ze ślinotokiem załadowałem dwie największe główki do koszyka. Sięgnąłem z kieszeni telefon i zadzwoniłem do rodzicielki. – Cześć mamo, jak się robiło ten bigos z czerwonej kapusty? – Mama natychmiast udzieliła mi precyzyjnych instrukcji dotyczących technologii przygotowania duszonej czerwonej kapusty: – No wiesz, wrzucasz kapustę i dużo innych warzyw do gara i dusisz, dodajesz trochę smalcu albo oleju i jak lubisz możesz dodać kiełbasę.

Dodałem kiełbasę i po prawie czterech godzinach duszenia na małym ogniu kapusta była gotowa. Nie mogłem się doczekać, w czasie duszenia kuchnię ogarnął wspaniały zapach zapomnianej potrawy z dzieciństwa. Żona, która nigdy wcześniej nie jadła takiej kapusty wychwaliła mnie jak nigdy. Bardzo jej smakowało. Wczoraj wieczorem pięciolirowy garnek był pełen, dzisiaj już widać dno.

A oto ona. Zapomniana i przywrócona po latach do jadłospisu duszona czerwona kapusta:


Ja chyba w poprzednim życiu byłem szatkownicą do kapusty albo zestawem noży kuchennych. Lubię kroić, siekać, chlastać i obierać. Różniaste roboty kuchenne i inne blendery bezużytecznie marnują miejsce w kuchennych szafkach. Zastąpił je WORK-R (czytaj Łorker) czyli „Wielofunkcyjny Organiczny Robot Kuchenny – Roman”. WORK-R niedawno wymienił ostrze na nowe. Legendarny Fiodor został zastąpiony przez Zaostrego. Zaostry przebojem wkroczył w nasze kuchenne życie. Zakupiony za dychę w komplecie z rosołkami drobiowymi od razu pochlastał moje i żony paluchy. Polała się krew. Doceniliśmy jednak zalety nowego ostrza w domu i ochrzciliśmy je „Zaostry” . Stary zasłużony Fiodor został zesłany do smarowania kanapek masłem i innymi pasztetami. W ramach protestu Fiodor obraził się i stępił.

No dobra. Miało być o Bigosie. Żelaznym punktem naszego letniego menu jest wyczekiwany i wytęskniony bigos z młodej kapusty. Przyrządzenie bigosu z młodej kapusty nie wymaga wybitnych zdolności kulinarnych. Jego przyrządzenie jest tak proste jak smażenie jajecznicy. Wystarczy pokroić młodą kapustę, kiełbasę i inne warzywa (im więcej tym lepiej), wrzucić do gara, doprawić i poczekać. Oto on:

Kiełbasiany summer Bee Gees z young kapusty.

W przygotowaniu Bee Geesu z zapałem uczestniczyli:

Żona, Ja, Fiodor, Zaostry, kuchnia, zlew, pięciolitrowy garnek, łyżka drewniana, łyżka stołowa, dwa widelce, deska do krojenia, blat kuchenny, dwa talerze, miska, kubki smakowe, gaz ziemny, zapalniczka, pojemniki z przyprawami, gąbka, ścierka, aparat fotograficzny, krzesło, podłoga, ogród rodziców i inni.

Heroicznie dla Bee Geesu poświęcili się:

Trzy niekiepskie główki młodej kapusty, kiełbasa śląska, marchew, seler, pietruszka, dwa pomidory, por, koper, natka pietruszki i selera, trzy cebule, szczypior, dziesięć ząbków czosnku, olej, przecier pomidorowy, kostki rosołowe, papryka słodka w proszku, sól, pieprz, woda.

Bruździł:

Gucio.

Bigos wyszedł tak dobry, że najchętniej pożarłbym sam całe pięć litrów. Żona zamierza zawieźć słoik mojego arcydzieła jutro do babci. Na nic moje protesty i błagania, że lepiej żebyśmy sami zjedli, że babci zawieziemy następnym razem. Uknułem zatem przebiegły plan, zamierzam pożreć wszystko do juta rana. Pęknę, a nie oddam!

Przy realizacji przebiegłego planu będzie mi towarzyszyć ulubiona płyta ZAZ

 

 


Szlag mnie trafia, kiedy muszę kupować warzywa. Przez pół życia miałem do dyspozycji własny ogród i kiedy miałem ochotę na coś zielonego to po prostu szedłem i sobie rwałem. Teraz nadal mam do dyspozycji tenże ogród, tyle że jest cholernie daleko. Zaiwaniać sto kilometrów do mamusi po rzodkiewkę nie ma większego sensu. Szlag trafia, ale po wiejskim dzieciństwie stałem się roślinożerny i nie przeżyję długo bez kapusty, czy innych marchewek. Kupić trzeba – żeby zjeść. Rzeżucha na parapecie w kuchni to nie wszystko.

I tak oto szlagiem trafiony nabyłem wczoraj pierwszej świeżości rzodkiewkę, drugiej świeżości szczypior oraz śmietanę zdatną do spożycia. Od jakiegoś czasu chodziła mi po głowie i żołądku moja najulubieńsza rzodkiewka w śmietanie. Przepis jest prosty. Kroimy rzodkiewkę i szczypior, solimy, pieprzymy, mieszamy i odstawiamy na chwilę, żeby puściła soki. Po piętnastu minutach mieszamy ze śmietaną i gotowe. Do tego świeże bułki z własnej produkcji masłem czosnkowym, boczkiem i rzeżuchą.

Tak się ożarłem, że nie za bardzo potrafię się poruszać – a pies ciągnie na spacer. Nie ma serca – tak pana męczyć. Musi poczekać, nie dam rady.


Dawno u mnie o żarciu nie było. No to Jazda.

Dziecięco-chłopięce lata żywota marnego swego spędziłem na wsi przepięknej przed którą bociany zawracają, nazywaną dalej przez mieszkańców planetą, to i buractwa swego się nie wypieram i szczycę się nim gdzie popadnie. A że burak do buraka ciągnie to i wpis poniższy był nieunikniony. 🙂

Najsamprzód, albo nawet najsampierw chciałbym zaznaczyć, że nie jestem z tych co to twierdzą, że mamusia gotuje najlepiej. Mało tego, powiem że najlepiej gotuje moja najlepsiejsza małżonka, o czym nie omieszkałem wspomnieć przy okazji pomidorowej. Jednak jeśli jakieś żarcie jest idealne, to i rodzicielkę własną wychwalić trza ile wlezie. A buraki rodzicielka to najlepsiejsze robi. Podpatrzyłem i podpytałem onegdaj jak się te one robi i już sam umim.

Pierwszym etapem przygotowania buraczków są odwiedziny u rodziców z zamiarem ograbienia ich przepastnej piwnicy z warzyw (w tym buraków) oraz słojów ze skarbami wszelakimi, co to ich w marketach nie dostaniesz. Po zuchwałym skoku na rodzicielską piwnicę transportujemy skarby do naszej osobistej kuchni

Teraz jest już z górki. Buraki po umyciu wrzucam do gara i gotuję nieobrane aby nie straciły koloru. Czas gotowania zależy od rozmiaru ćwiklaków, przy dużych to mogą być nawet trzy godziny. Po ugotowaniu obieram i zcieram na grubej tarce. Ta tej samej tarce i do tej samej michy zcieram dużą surową cebulę. Ilość cebuli trzeba dobrać z umiarem. Nadmiar spowoduje, że buraczki będą gorzkie. Solę i pieprzę do smaku, dolewam trochę oleju i odrobinę octu. Teraz trzeba to wszystko porządnie wymieszać. W tym celu zanurzam swoją prawicę w burakach i własnoręcznie mieszam. Prawica własna moja nabiera koloru buraczanego na jakąś dobę ale opłaca się. Ostatnim etapem jest odsączenie nadmiaru wody w durszlaku. Do ziemniaków koniecznie podawać buraczki zimne z lodówy. W megalomanii swej naprodukowałem tego tyle, że na tydzień wystarczy. I co? I kurna nie kupiłem dzisiaj ziemniaków, a nie chce mi się jechać jeszcze raz na zakupy. Niebo w gębie musi poczekać do jutra.

 

 

 


Na jakiś tydzień brutalny świat oderwie mnie od klawiatury, więc na przeczekanie wiosenno-oczekująca notatka.

Co menżczyznowi kojarzy się z wiosną? Mężczyzna myśląc o wiośnie nie myśli o śnieżyczkach, bratkach, baziach czy innych kolorowych roślinkach, które jeśli zauważy to tylko tylko dlatego, że wyrosły przy drodze no najbliższego sklepu z piwem. Mężczyzna jako tako jest świadom dłuższego dnia i wyższej temperatury, ogarnia podobno spektakularne wybuchy jaskrawej zieleni która zaczyna otaczać go zewsząd. Mężczyzna myśląc o wiośnie nie myśli o pierdołach, on myśli o żarciu.

Męnżczyznowi wiosna kojarzy się z mięsem. Przychodzi w końcu dzień, w którym można wytaszczyć zapomnianego grilla i wrzucić habaninę na ruszt. To jest dopiero wiosna, kiedy to w w oparach tłuszczu spalającego się na rozgrzanym węglu drzewnym przewracamy kawały nasączonej czosnkiem wieprzowiny na drugą stronę. To jest dopiero wiosna, kiedy nacinamy kiełbasę, kroimy karkówkę, nadziewamy mięsiwo, boczek i cebulę na patyczki. To jest dopiero wiosna kiedy masło czosnkowe wtapia się w chrupiącą pajdę chleba. Pierwszy dzień wiosny jest wtedy, kiedy przeżuwamy pierwszy kęs mięsiwa z grilla!

Bo Wiosna to nie kwiatki. Wiosna to mięso.

 

A oto głodny mięsa Graforoman:



Jakiś czas temu naumiłem się robić rosół. Niby nic wielkiego taki rosół (kilka warzyw, fragment nieżywej kury, woda i przyprawy), lecz rosół rosołowi nierówny, u każdego smakuje i wygląda inaczej. Ugotowałem raz – posmakował, podobno szczypta bazylii nadała mu ciekawego smaku. Po kilku podejściach gotowanie rosołu zaczęło być nudne, po trzecim razie zaczęło mnie korcić, żeby dodać coś jeszcze. Korciło, korciło, aż tydzień temu wykorciło BERBELUCHĘ (to już żaden rosół….to już jakaś berbelucha – napisała na facebooku siostra na wieść, że zamierzam ugotować rosół z papryką). Okazja nadarzyła się kiedy gotowałem kurczaka z warzywami dla naszego psa Gucia. Szkoda mi było wywaru, więc popełniłem czerwony rosół.

Mojemu gotowaniu zawsze przyświeca filozofia: Jak już gotować,to gotować dużo!!!! Wywlokłem zatem z szafki największy w domu pięciolitrowy gar, naostrzyłem Fiodora (mój ulubiony nóż opisany przy okazji pomidorowej) i zacząłem kroić warzywa do dwulitrowego pojemnika

Przy pomocy Fiodora napełniłem pojemnik porem, cebulą, czosnkiem, marchewką, pietruszką, selerem, natką pietruszki i natką selera oraz pokrojoną papryką i pomidorem. A potem już poszło, przelałem wywar po kurczaku z warzywami do gara, wsypałem warzywa i dwie dorodne ćwiartki z kurczaka, dolałem wody do pełna i zagotowałem. Potem przyszła pora na przyprawy – sól, pieprz, kilka kostek rosołowych, chili mielone, papryka słodka mielona, ketchup, szczypta bazylii suszonej i dużo liści laurowych (należy je przełamać wzdłuż, aby otworzyć kanaliki z olejkami eterycznymi). Pomieszałem, poczekałem, doprawiłem i za jakieś dwie godziny Berbelucha była gotowa.

Warzyw i mięsa było tyle, że wazówka postawiona w środku garnka trzymała pion. Następnego ranka po pięciu litrach berbeluchy pozostało tylko wspomnienie. 😦