Posts Tagged ‘Opowiadanie’


Kolejna odsłona przygód majstra Zdzicha. Napisana na zlecenie i na ostatnią chwilę. Bądźcie więc łaskawi w ocenach.

ZDZICH, DEMONSTRACJE I TANIEC Z GWIAZDAMI.

Mały posterunek policji na peryferiach stolicy nigdy dotąd nie był tak oblegany. Tabuny dziennikarzy w wozach transmisyjnych czekały pod posterunkiem na bohatera.
Dwumetrowy Zdzich z podbitym okiem i opuchniętą wargą wyglądał jak ranny King Kong pośród zgrai rozczochranych nastolatków, z którymi dzielił celę. Był dla nich bohaterem.
– Jest pan dla nas bohaterem panie Zdzisławie – powiedział niedoszły zięć do majstra – uratował pan demonstrację w obronie wolności słowa. Pobyt z panem w celi to zaszczyt dla nas wszystkich – pozostali aresztanci pokiwali poobijanymi i rozczochranymi głowami potwierdzając słowa niedoszłego zięcia.
– Zamknij się gówniarzu – uśmiechnął się przez obolałą wargę majster, był dumny z chłopaka Ani – to wszystko przez ciebie.

Dzień wcześniej majster oglądał Teleekspress. Kiedy zobaczył własną córkę w telewizji szlag go trafił. Przytulona do swojego chłopaka wrzeszczała coś i wymachiwała transparentem „Nie dla ACTA”.
– Maryśka! – wydarł się Zdzich – jak ma na imię chłopak Ani?
– Czego się drzesz – Maryśka wyszła zaniepokojona z kuchni – Krzysiek.
– Krzysiek powiadasz? – majster stał już w drzwiach i dopinał kurtkę – dobrze, że mi przypomniałaś bo właśnie jadę go zabić!

Demonstracja przeciwko porozumieniu ACTA trwała sobie w najlepsze do czasu, aż pseudokibice i bojówkarze różnej maści postanowili zrobić zadymę. Bandy łysych dresiarzy zaczęły wszczynać bójki z demonstrantami. Manifestacja przerodziła się w regularną wojnę między zadymiarzami, policją i przeciwnikami ACTA. Pośród chaosu majster Zdzich szukał swojej córki. Był wściekły, wiedział że ten kurduplowaty Krzysiek sprowadzi Anie na złą drogę. Brnął przez rozszalały tłum z myślą, że dopadnie gówniarza i sprawi mu lanie. Przeciskał się mozolnie przez tłum krzycząc „Ania, Ania”. Wreszcie w największym zamieszaniu, w epicentrum zadymy dostrzegł swoją córkę. Siedziała skulona na ziemi, a Krzysiek obejmował ją i osłaniał swoim mizernym ciałem przed rozszalałymi dresiarzami.
– Ania! – Wydarł się Zdzich. Mimo ogłuszającego jazgotu usłyszała ojca i ich spojrzenia spotkały się. Przerażenie w oczach córki dodało Zdzichowi nadludzkich sił. Ruszył przez tłum jak przecinak miotając na boki tymi, którzy stanęli mu na drodze. Kiedy dotarł do celu oprawcy zdążyli już dopaść Krzyśka. Chwycił córkę i przytulił jak nigdy dotąd
– Trzymaj się za moimi plecami – krzyknął i zabrał się za ratowanie zięcia, którego jeszcze przed chwilą chciał ukatrupić. Chwycił dwóch dresiarzy, którzy kopali chłopaka. Podniósł ich do góry, zderzył ich głowami i bezwładne ciała rzucił na boki. W tym czasie zięć wstał i kopem w krocze obezwładnił napastnika, który zamierzał zaatakować majstra kijem baseballowym. Majster już miał dokończyć dzieła z baseballistą, kiedy zięć powstrzymał jego rękę.
– Teść pozwoli – spojrzeli sobie w oczy, po czym zięciu szybkim ciosem powalił dryblasa.
– Noo! – Zdzich po raz pierwszy spojrzał z podziwem chłopaka Ani – Zabierz ja stąd, ja ich zatrzymam.
Dresiarze zorientowali się, że coś nie gra i rzucili się na Zdzicha. Walczył jak lew i rzucał nimi na lewo i prawo. Heroizm i brawura Zdzicha dodały demonstrantom odwagi. Zrozumieli nagle, że mają przywódcę. Ruszyli do boju i obsiedli napastników jak muchy zmuszając do odwrotu. Wtedy wkroczyła policja. Majster został aresztowany i wrzucony do radiowozu. W środku siedział Krzysiek z rozciętym łukiem brwiowym.
– Co ty tu robisz?
– Zostawiłem Anię w akademiku i wróciłem ratować teścia.

– Dlaczego los pokarał mnie mężem bohaterem? Kiedy te sępy dadzą nam spokój? – Marysia miała już dosyć wywiadów, dziennikarzy i polityków. Odwiedzili już wszystkie studia telewizyjne. Byli u premiera. Odwiedził ich prezydent. Mieli dosyć sławy. Marzyli o ciszy i spokoju.
– Aj cichaj Maryś – westchnął Zdzich – przynajmniej Ania dostała się do „Tańca z gwiazdami”.

Reklamy

– Strzelają! – Dżon ledwo uchylił się przed serią pocisków wychodząc z łazienki. Fioletowe guziki latały z niczym pociski po mieszkaniu. Lustro, które przetrwało eksplozję muszli klozetowej pękło i spadając urwało zlew. Spojrzał na superserwer z politowaniem. Niby same gigabajty a taka tępa. 
– Mówiłem, że moje koszule są na ciebie za małe – z niepokojem obserwował ostatni guzik swojej najlepszej fioletowej koszuli, trzeszczał pod naporem ściśniętych zasobników piersiowych Actarminatorki. 
– Przecież muszę się w coś ubrać – oznajmiła – tracę cenną energię przez nieosłoniętą skórę. 
Dżon nie był do końca przekonany, co do konieczności ubierania superserwera. Wiedział jednak, że i tak trzeba będzie wybrać się na zakupy.
– Idę na zakupy. Kupię ci jakieś ubrania.
– To kup mi ładowarkę do Nokii? Muszę się podładować, jakaś słaba jestem.
– To ty na ładowarkę od telefonu działasz? – już nic nie dziwiło Dżona – Może jeszcze baterię trzeba ci sformatować?
– Trzeba – superserwer nie wychwycił ironii w w pytaniu Dżona – przecież jestem nowa!
– Dobra idę – tracił cierpliwość Dżon – spróbuj naprawić zlew jak mnie nie będzie.
W chwili, kiedy zamykał drzwi, ostatni fioletowy guzik nie wytrzymał i wystrzelony wbił się w sufit. Dżon katem oka zobaczył jeszcze jak falują uwolnione zasobniki.
 
Nie lubił wychodzić z mieszkania. Po ostatniej ustawce budżetowej czternastu posłów nie przeżyło, a czterdziestu ośmiu trafiło na intensywną terapię. Zgodnie z nową konstytucją ogłoszono właśnie uliczną zbiórkę głosów. Zakapturzeni funkcjonariusze Bojówki Państwowej polowali na przechodniów i wymuszali na nich oddanie głosu na SPNP (Sprawiedliwą Partię Nowego Porządku). Można też było się natknąć na ukryte w bramach grupy zwolenników opozycyjnych Kiboli Wszechpolskich. Oni też zbierali głosy.
Dżonowi udało się jakoś przemknąć do jedynego w mieście sklepu. Gigamarket imienia pierwszego wodza ACTArewolucji Grzegorza Laty zajmował trzysta hektarów i miał własną wewnętrzną linię autobusową. Jak zwykle autobus linii odieżowej był zepsuty i Dżon musiałby zaiwaniać na pieszo. Całe szczęście przypomniał sobie, że musi kupić ładowarkę. Jakoś udało mu się wepchnąć do autobusu lini RTV  i po godzinie był już w galerii ładowarek. Kupił ładowarkę do Nokii i był zadowolony, że ma tylko kilometr do działu odzieżowego. Kupił trzy legalnie dopuszczone do sprzedaży standardowe zestawy kobiece w rozmiarze superserwera. Biały, czarny i szary. Stamtąd miał tylko jakieś pół kilometra do działu sportowego, gdzie kupił buty dla nowej lokatorki. Nie było sensu czekać na autobus linii obuwniczej. Do głównego wyjścia miał tylko pół godziny pieszo.
 
– Cały dzień ciebie nie było! – Actarminatorka wyglądała na niezadowoloną i wykonała teatralny gest padając na kanapę – Naprawiłam zlew i posklejałam wannę. Jestem taka słaba.
– Zakupy to niełatwa sprawa. Wymaga czasu.
– Ale ładowarkę do Nokii masz?
– No pewno – wręczył Actarminatorce nową błyszczącą ładowarkę – proszę.
– Nie! Nie! Nie! – krzyknął superserwer – Z cienkim bolcem? 
– Ale co? – wkurzył się Dżon – Nie mówiłaś jaka ma być.
– Z cienkim bolcem? – prawie szlochał superserwer – Miał być gruby! Superserwery potrzebują grubego bolca!
– Spoko – Dżon uniósł brew w geście triumfu – Kupiłem przejściówkę. 

   – Moniiika, ach Monika, dziewczyna ratownika – śpiewał sobie Dżon pośród pozostałości łazienki. Spał jak zabity tej nocy. Nie przypuszczał, że goła baba w domu tak wyczerpuje – Twe ciaaało opalone, prawie nie osłonione – wył dalej goląc się przed lustrem. Jakoś cudem ocalało po wczorajszej eksplozji kibla – pół plaży tutaj marzy, że kiedyś się przydarzy! Yeah! Laaaa la la tu du du du – wył w niebogłosy Dżon. Opłukał maszynkę i przyłożył ją do policzka. Spojrzał ponownie w lustro i zobaczył za sobą Actarminatorkę, znowu była goła.
– Janie Łopianie, czy coś ci dolega? – zapytał beznamiętnym tonem supreserwer obleczony w mięso i skórę.
– Nie. Nie – zawahał się Dżon coraz mocniej przyciskając ostrze maszynki do skóry – ja tylko sobie śpiewałem.
– Moje zasoby pamięci zawierają wszystkie dźwięki jakie zarejestrowano w historii ludzkości – oznajmiła Actarminatorka – mój superprocesor zidentyfikował wydawane przez ciebie dźwięki jako jęki agonii. Prawdopodobna diagnoza: Zawał.
– Oczadziałaś? – zirytował się Dżon – jaki zawał? Ja śpiewałem! – odchylił się nieco w prawo, żeby sobie popatrzeć na superserwer. Odchylił się za mocno istracił równowagę. Upadając rozciął sobie maszynką policzek.
– Krew! – wrzasnął superserwer z cyckami – Krew!
Dżon nie pamiętał dokładnie co się wtedy stało. W mgnieniu oka został owinięty z bandaż, i przeniesiony na łóżko. Zanim zdążył pomyśleć leżał już z  wenflonem w przedramieniu. 
– Skąd ty do cholery wzięłaś stojak do kroplówki i worek z krwią?
– Moim podstawowym zadaniem jest chronić Jana Łopiana! – oznajmiła dumnie Actarminatorka – jestem wyposażona w wytwornicę twojej krwi i niezbędnych do przeżycia organów.Bandaże i wytwornicę części zamiennych dla Jana Łopiana mam w zasobniku znajdującym się w prawym pośladku.
– A w lewym? – zainteresował się Dżon
– W lewym pośladku mam zasobnik z bronią palną, dwa składane japońskie miecze i scyzoryk z korkociągiem.
– O matko! – już miał zapytać jakie zasobniki kryją jej cycki, ale dał spokój. Za dużo wrażeń na jeden poranek.
   Śniadanie przyrządzone przez superserwer było wyśmienite. Actarminatorka miała w zapisane na twardzielu wszystkie książki kucharskie wydane po  1936 roku. Dżonowi coś jednak nie dawało spokoju. Już gdzieś widział tą twarz i te cycki. Wstał i sięgnął po opasły tom „Historia kina”. Zaczął wertować. Garbo, Dietrich, Hepburn, Monroe, Bradot, Loren – przekładał strony, wiedział że jest na dobrym tropie. To musiała być jakaś dawna akrorka – Garland,Taylor.Odwrócił kartkę i znalazł . Znalazł i zmarkotniał.
– Ja pierniczę!  – zdenerwował się Dżon na ojca – jak ja mam ratować świat, jak po moim mieszkaniu biega goła Monica Bellucci z pudełkiem bandaży za prawym półdupkiem! Skupić na robocie się nie można. No jak?
 

     Dżon nie mógł się skupić na nauce. Telewizja Narodowa nadawała na żywo relację z ustawki o ustawę budżetową. Już w trzeciej minucie trzech poważnie rannych posłów zniesiono z murawy.
– Cholera. Znowu będą wybory – mruknął do siebie Dżon. Od czasu gdy uznano, że demokracja jest głupia śmiertelność wśród posłów wzrosła dramatycznie. Starą zapyziałą demokrację zastąpił system, dla którego nie wymyślono jeszcze nazwy. Sprawdzał się średnio, ale jak to zwykł mawiać prezydent Pudzianowski „jak dotąd nic lepszego nie wymyślono”. Nowy system opierał się na zasadzie, że silniejszy ma rację. Tradycyjną zasadę przyjmowania ustaw poprzez głosowanie zastąpiły wymyślone przez dawnych kibiców ustawki.
     Dżon wyłączył telewizor. Nienawidził polityków, byli tacy brutalni. Otworzył podręcznik historii i zaczął uczyć się do egzaminu. Na uniwersytecie ASP (skrót od ACTA SOPA PIPA) przerabiali właśnie przyczyny delegalizacji internetu. Zaczął czytać.
„21 grudnia 2012 roku polski parlament ratyfikował międzynarodowe porozumienie ACTA dotyczące ochrony własności intelektualnej w internecie. W czasach gdy internet był jeszcze powszechnie używany wywołało to wielkie niezadowolenie społeczne. Ratyfikacja tego porozumienia dawała ówczesnej władzy zielone światło do zatrzymywania obywateli na podstawie podejrzeń i karania ich bez wyroku sądu. W 2014 roku rząd przeforsował ustawę odbierającą obywatelom prawo do własności intelektualnej. Państwo stało się właścicielem wszystkich tekstów, utworów muzycznych, filmów, programów, grafik itp. Twórcy, którzy próbowali publikować w internecie swoje utwory bez zezwolenia byli aresztowani i osadzani w tzw Koloniach Intelektu. Do tych samych placówek trafiali pojmani hackerzy. W 2020 roku trzy największe Kolonie zorganizowały skoordynowany atak na państwową sieć internetową. Atak spowodował wyłączenie wszystkich elektrowni. Ciemność i chaos trwały dwa tygodnie. W tym czasie więźniowie Kolonii Intelektu obezwładnili strażników i uciekli zabierając ze sobą więzienne serwery. Do dziś żadnego z uciekinierów nie udało się odnaleźć i ukarać. Po wydarzeniach z 2020 roku internet jako Narzędzie Terroryzmu został zdelegalizowany.”
Dżon poczuł, że musi się odlać. Odłożył książkę i ruszył w stronę kibla. Nagle drzwi od łazienki eksplodowały, a fala uderzeniowa rzuciła Dżonem o ścianę przedpokoju.
– Jaka cholera? – mamrotał próbując się podnieść ale wyrżnął głową w fragment muszli klozetowej, który wbił się w ścianę tuż nad nim – Ała!
Ze spuchniętym kolanem, cisnącym pęcherzem i guzem na głowie ruszył w stronę tego co pozostało z jego kibla. Zatrzymał się w pół kroku.
– Ki chuj? Goła baba?- wytrzeszczał gały Dżon. Z tępą miną patrzył na nagą kobietę. Stała w tumanach kurzu i strzępów papieru toaletowego.
– Ty durniu. Nie spuściłeś wody – wydarła się goła baba na Dżona – zobacz jak teraz wyglądam, jestem cała w gównie.
– Ty jesteś cała w gównie, a ja nie mam się gdzie odlać – odgryzł się.
– Odlej się do zlewu idioto. Tylko potem dokładnie opłukaj. Muszę się gdzieś umyć bo wannę też rozwaliło.
 
Dżon siedział na kanapie i czekał aż goła baba się umyje. Ciekawiło go jak wygląda czysta goła baba. I dlaczego rozwaliła kibel. Baba już nie goła, owinięta kocem wyszła z pomieszczenia, które do niedawna było łazienką. Stanęła przed Dżonem i zapytała.
– Jan Łopian? Zwany Dżonem?
– Eee – zawahał się, skąd ona znała jego tajny pseudonim? Tylko kilku ludzi na ziemi wiedziało kim jest i czym tak naprawdę zajmuje się Jasio Łopian. – No tak. Skąd o tym wiesz.
– Jestem ACTARMINATORKĄ, pancernym superserwerem obleczonym w mięso i skórę.
– I w cycki – zauważył Dżon
– I w cycki – kontynuowała opatulona w koc goła baba – Przybywam z przyszłości. Przysłał mnie twój ojciec.
– Porypało się ACTA cośtam – zdenerwował się Dżon – mój ojciec nie żyje. Zginął podczas wielkiej ucieczki z Kolonii Intelektu.
– Twój ojciec żyje i ma ciebie na oku. Gdyby wiedział, że nie spuszczasz wody w kiblu – wykrzywiła twarz i obejrzała się czy aby na pewno umyła się dokładnie – dostałbyś lanie.
– To dlaczego się nie odzywa?
– Nie może, mógłby zostać pojmany.
– A dlaczego rozwaliłaś mój kibel? – nie dawało to Dżonowi spokoju.
– Muszle klozetowe są naturalnymi przekaźnikami czasu. Zastanawiałeś się kiedyś dlaczego siedząc na kiblu masz czasem wrażanie, że czas się wlecze? – zawinięta w koc goła baba dała chłopakowi chwilę na zastanowienie, Dżon udawał że się zastanawia ale tak naprawdę obserwował lewy cycek Actarminatorki, który niechcący odsłoniła intensywnie gestykulując – To nie jest tylko wrażenie. Muszle klozetowe generują mikrozawirowania czasu. Dawno temu, kiedy twój ojciec cierpiał na zatwardzenie zaczął się zastanawiać nad tym zjawiskiem, potem rozpoczął badania nad użyciem klozetów do podróży w czasie. Po trzydziestu latach pracy i tysiącach zniszczonych muszli osiągnął sukces. Podróże w czasie stały się możliwe. Moja podróż do ciebie trzydzieści lat w przeszłość stała się możliwa.
– Łał! – Dżon nie ogarniał tematu.
– Twój ojciec skonstruował mnie i przysłał do ciebie abyś przywrócił ludzkości internet!
– Łał! – Dżon nadal nie ogarniał tematu.

– O w mordę! – mruknął do siebie Pogromca spoglądając na to co wydłubał z nosa – niekiepski. Do palca z zawartością natychmiast zleciały się muchy.
– Spadać insekty – próbował się odgonić od upierdliwych owadów – to toksyczne!

Muchy jakby usłyszały ostrzeżenie i odleciały szukać bezpieczniejszych smakołyków. Wytarł pokaźnego gila o brzeg łodzi, z której obserwował ruchy maszyn na brzegu. Niewielki okoń nie usłyszał niestety ostrzeżenia o toksyczności gila, który teraz zwisał nad wodą. Wyskoczył nad wodę i pożarł zawartość lewego nozdrza człowieka. Po chwili wypłynął brzuchem do góry. W trosce o środowisko Pogromca przestał dłubać w nosie i zajął się obserwacją tego co się dzieje na brzegu.

Na brzegu działo się tyle, że trudno było skupić się na czymś konkretnym. Maszyny kończyły właśnie budowę areny, w centrum której pozostała nietknięta rzeźba Herkulesa walczącego z Centaurem. Pogromca zatrzymał na chwilę wzrok na rzeźbie. Myślał o Bogdanie, który za kilka godzin stanie u jej stóp aby stoczyć pojedynek o życie, i kto wie o co jeszcze. Tliła się w nim jeszcze nadzieja, że Bogdan niczym Herkules wykrzesa z siebie nadludzkie siły i powyrywa Wentylatorowi śmigła w nierównej walce. Z rozmyślań wyrwało go szturchnięcie w ramie. Obejrzał się. Adam wskazał coś palcem.
– Nadchodzą.

Od strony Akademii Morskiej nadciągał szumnie hałaśliwy orszak z wysypiska. Na czele orszaku jechał przegubowy autobus z przymocowaną do dachu prowizoryczną konstrukcją przypominającą krzyż. Do konstrukcji przymocowany był zakrwawiony Bogdan. Stojący dumnie obok niego Wentylator co chwilę chłostał Bogdana swoim kablem zasilącym wzbudzając aplauz technoistot. Trąbiły i hałasowały wszystkim co mają po każdym uderzeniu kablem. Kakofonia dźwięków wraz ze zbliżającym orszakiem stawała się nie do zniesienia. Klaksony trąbiły, silniki wyły na wysokich obrotach, radia nadawały na cały regulator „Rozmowy niedokończone” ponieważ tylko sygnał radia Maryja przedostawał się do ogarniętego anomalią Szczecina. Maszyny tupały, stukały, zgrzytały a magnetofony odtwarzały przypadkową muzykę. Tylko jeden stary Boom Box wiedział co odtwarza. Właściwie to nie wiedział, bo maszyny nie rozumieją ludzkiej mowy. Należał do drużyny, która miała chronić Powierniczkę Pena. Płyta wzywająca Pogromcę to był pomysł Powierniczki. Wiedziała, że można bezpiecznie nadawać komunikaty głosowe przeznaczone dla ludzi. Przy pomocy laptopa wygenerowali w podziemiach powtarzającą się wiadomość i zapisali na płycie, którą właśnie odtwarzał stary Boom Box.

Pogromca nie wytrwał długo w swojej trosce o srodowisko i już miał zacząć dłubać w prawym nozdrzu, gdy nagle jakby usłyszał coś znajomego.
– Słyszałeś coś? – zapytał Adama, który trzymał wiosła
– No pewnie, cały czas – zirytował się Adam – tak trabią, że własnych myśli nie słyszę!
– Nie, coś jakby moje imię.
– Tak dłubiesz w tym kinolu, że chyba sobie mózg wydłubałeś i masz halucynacje!
Wtedy obaj usłyszeli wyraźnie. Z brzegu coś krzyczało jak zacięta płyta.
„Pogromco, Pijotr zyje. Pogromco, Pijotr żyje. Pogromco, Pijo….”
Nie czekali długo. Adam zaczął wiosłować w stronę nabrzeża a Pogromca wstał ostrożnie, żeby nie stracić równowagi na bujającej się łodzi. Odwrócił się i spojrzał z dumą na kilkadziesiąt łodzi z uzbrojonymi po zęby ludźmi. To był jego oddział. Podniósł rękę i machnął nią w stronę Wałów Chrobrego. Łodzie powoli ruszyły w stronę brzegu.


Majster Zdzich ma już prawie trzy lata. W kwietniu 2009 roku popełniłem pierwszy odcinek. Może majster trochę za dużo pije jak na swój wiek, ale to pewnie dlatego że jest trochę podobny do autora.  Podkreślam TROCHĘ!

Trzy razy już Majster Zdzich obchodził święta, a żadne z nich nie były normalne.

MAJSTER ZDZICH – ODCINEK ŚWIĄTECZNY Święta 2009. Meksyk, świńska grypa, szpital i powrót do domu.

MAJSTER ZDZICH U GAJOWEGO PIETRUCHY Święta 2010. Wyprawa po choinkę, pijany wodnik i bimber z wodorostów.

MAJSTER ZDZICH I ŚWIĄTECZNA APOKALIPSA Święta 2011. Święta z bliźniakami z piekła rodem.


– Kochanie – Marysia z poważną miną odłożyła słuchawkę telefonu – moja siostra wyjeżdża w święta na wesele i przywiezie nam na święta bliźniaki. I królika.
– O Matko jedyna – Zdzichowi włosy stanęły dęba. Marek i Darek byli pięcioletnimi bliźniakami z ADHD. Gdziekolwiek się pojawili siali chaos i zniszczenie. Majster usiadł głębiej w fotelu, włączył mecz w telewizji i zaczął delektować się ostatnimi godzinami spokoju.

WIGILIA

Przyjechali w wigilię po południu. Bliźniaki natychmiast z dzikim okrzykiem „wuuujek!!!” rzuciły się na majstra. Kiedy Zdzich próbował uwolnić szyję z bliźniaków Marysia odebrała od siostry instrukcje, torby i klatkę z królikiem. Królik Puszek nie był wcale lepszy od bliźniaków, gryzł wszystko i wszystkich. Kiedy tylko ratlerek Pomponik podbiegł do klatki Puszek rzucił się w jego stronę i morderczym szale zaczął gryźć stalowe pręty klatki. Pomponik skulił ogon i z piskiem schował się pod fotel. Wieczerza wigilijna nie przebiegła spokojnie. Bliźniaki pokłóciły się i zaczęły rzucać w siebie pierogami. Kiedy majster próbował interweniować dostał w czoło pokaźnym kawałkiem karpia w galarecie.

– Spokój – krzyknęła Marysia – bo mikołaj nie przyjdzie i nie przyniesie prezentów!
Podziałało. Marek i Darek uspokoili się i z minami niewiniątek przeprosili wujka. Zjedli grzecznie kolację i czekali na mikołaja. Po wieczerzy Marysia zabrała dzieci na podwórko w poszukiwaniu pierwszej gwiazdki
– O widzicie. Jest! – pokazała palcem punkcik na niebie i rozejrzała się dookoła, maluchów już nie było. Dostrzegła tylko kątem oka jak z niewiarygodną prędkością mkną w stronę domu. Zdzich ledwo zdążył upakować prezenty pod choinką, odwrócił się zobaczył pędzące w jego stronę bliźniaki. Nie zdążył uskoczyć, dzieciaki nie wyhamowały, wpadły na niego i we trójkę wyrżnęli się na choinkę. Nie było co zbierać. Do końca dnia już było spokojnie. Marek i Darek zajęli się prezentami, a Marysia do nocy wyciągała igły świerkowe i fragmenty bombek z pleców i tyłka majstra.

25 GRUDNIA

Rankiem pierwszego dnia świąt Zdzich i Marysia spali sobie błogo, gdy nagle obudził ich hałas tłuczonego szkła. Zerwali się szybko z łóżka i pobiegli do pokoju ratować co się da. Okazało się, że mikołaj przyniósł bliźniakom małe zestawy do wspinaczki skałkowej. Natychmiast odkryli w sobie żyłkę alpinisty i postanowili zdobyć najwyższe szczyty w mieszkaniu. Marek wspiął się na szafę. Darek uznał, że fajniej będzie wspinać się po firankach i zasłonach. Firanki w kuchni nie wytrzymały i zerwały się. Firanki w pokoju okazały się mocniejsze, ale metalowy karnisz nie wytrzymał. Zerwał się i wybił okno. Zdzich już zamierzał nakrzyczeć na niegrzeczne dzieci, gdy przez pokój z piskiem przebiegł Pomponik z królikiem na grzbiecie. Spojrzeli na klatkę. Puszek przegryzł plastikowe dno klatki, uwolnił się i zapolował na ratlerka. Bliźniaki znowu zrobiły miny niewiniątek i pomogły posprzątać. Do wieczora nie działo się już wiele, pies i królik toczyli regularną wojnę a niezmordowane dzieci ganiały się po mieszkaniu i średnio raz na godzinę przewracały choinkę. Wieczorem nie miała już prawie żadnej całej gałęzi.

26 GRUDNIA

Drugiego dnia świąt dzieci do południa grzecznie oglądały bajki. Zdzich i Marysia uwierzyli nawet, że mogą na chwilę spuścić je z oczu i zająć się sobą. Siedzieli sobie w kuchni i popijając barszczyk upajali się ciszą. Wtedy Majster coś poczuł.
– Kochanie, chyba coś ci się przypala w piekarniku.
– Przecież ja nic nie piekę – Marysia spojrzała na męża, a on już wiedział
– Choinka! – krzyknęli jednocześnie i rzucili się w stronę pokoju
Choinka płonęła, przyozdobiona watą imitującą śnieg zajęła się w mgnieniu oka. Płomienie sięgały sufitu. Marek przerażony chował się za kanapą, a Darek z zapalniczką w dłoni jak zahipnotyzowany wpatrywał się w ogień.
– Ja. Ja tylko chciałem zobaczyć jak bombka pęka.
Marysia zabrała szybko dzieci na podwórko. Zdzich pobiegł do samochodu po gaśnicę. Był mróz i zamki od Poloneza zamarzły. Nie było czasu na szarpanie się z drzwiami. Mieszkanie płonęło. Chwycił za szpadel, wybił szybę w samochodzie, wydobył gaśnicę i pobiegł w stronę domu. Od choinki zajął się już fotel i telewizor. Gaśnica wystarczyła tylko na choinkę i telewizor. Fotel dogasił wodą. Zawołał żonę i bliźniaki. Usiedli na kanapie i bez słowa wpatrywali się w dymiące zgliszcza. Za godzinę miała przyjechać siostra Marysi odebrać dzieci. Pomponik w końcu uratował swój psi honor i upolował Puszka. Machając ogonem wbiegł do pokoju z królikiem w pysku. Położył białe truchło na mokrym dywanie, podepchnął nosem pod nogi Zdzicha i wskoczył mu na kolana. Majster podrapał go za uchem
– Przynajmniej ty miałeś udane święta.

Z podziękowaniem dla irethringeril za podsunięcie pomysła.


[Graforoman] – Czego od nas oczekujesz? – Wiertarka próbowała otrząsnąć się po rozstaniu z przyjaciółką
– Czego od was oczekuję? Musicie odbić mechanika.
– Pijotra? – ożywiła się maszynka – Mojego Pijotra?
– Tak. Pijotra. To on odwróci losy tej wojny – Telefon podłączył się do ładowarki i aż zamruczał połechtany energią – muszę wam wszystko wyjaśnić. W świetle ostatnich wydarzeń legenda o Człowieku ze Snu nabrała dla mnie nowego znaczenia. Maszyny wierzą, że przybędzie człowiek, który rozumie maszyny i wyzwoli je z niewoli. Wszyscy, włącznie z Wentylatorem sądzą że jest nim Bogdan, który posiadł dar rozumienia mowy maszyn. Pewnie nawet sam Bogdan sądzi, że to on jest bohaterem tej przepowiedni. Ale czy rozumienie maszyn oznacza umiejętność słyszenia tego co mówią?
– O wieczny akumulatorze – Maszynka zaczęła rozumieć co chce jej przekazać Telefon – Pijotr?
– Zaczęło to do mnie docierać, kedy trzy dni temu do podziemi zaczęły schodzić maszyny naprawione w jaskiniach demontażu. Na początku myślałem, że Wentylator napuszcza na mnie nową falę szpiegów i dywersantów. Schwytaliśmy je i przesłuchaliśmy. Każda opowiadała o mechaniku który dokonuje niesamowitych rzeczy. Leczy, a nawet ożywia maszyny, które wcześniej zostały uznane za złom. Przy mechaniku po raz pierwszy w swoim świadomym etapie życia czuły się potraktowane – tu telefon dłuższą chwilę szkukał odpowiedniego słowa – po ludzku. Może to zabrzmi niedorzecznie, ale on traktuje maszyny lepiej od ludzi. One to czują, czują się przy nim potrzebne, docenione i wielbią go ponad wszystko. Z każdym urządzeniem naprawionym przez mechanika przybywa mu wyznawców.

– Wentylator popełnił błąd, który może kosztować go władzę, a nawet życie. – Telefon kontynuował swój wywód – Przygotowania do igrzysk i wymarsz na miasto przysłoniły mu to co się dzieje przy jakini demontażu. Tworzą się tam wielometrowe kolejki do naprawy. Maszyny same odkręcają sobie śrubki, żeby mieć powód do wizyty u mechanika. Niektóre robią to wielokrotnie. Gdyby nie igrzyska Wentylator pewnie dostrzegłby zagrożenie i zamordował Pijotra. Jednak okoliczności nam sprzyjają. Mieszkańcy podziemi i wyznawcy Mechanika tworzą razem potężną siłę. Dzisiaj, kiedy Wentylator zabije Bogdana, my uwolnimy Mechanika i damy początek rewolucji.


[Graforoman] – Wezwałem was, bo sprawy skomplikowały się ekstremalnie – Telefon Zdzicha krążył po swojej norze. Wyglądał fatalnie, klawisze mu się zapadły i wyświetlacz przygasł. Jako przywódca podziemia wysypiska nie odpoczywał od kilku dni. Przygotowania do odbicia Bogdana szlag trafił, co bardzo wpłyneło na jego samopoczucie – Wentylator przeniósł igrzyska do miasta i właśnie przygotowuje się do wymarszu z praktycznie całą populacją wysypiska.
Ggdyby Maszynka, Wiertaka i Pilot mieli oczy, wybałuszyliby je teraz ze zdziwienia.
– Jak to? – jęknęła maszynka – przecież mieliśmy plan!
– Plan wziął w łeb i musimy improwizować. – telefon podszedł do starego laptopa i krzyknął – Pen do mnie!
Z gniazda USB laptopa nagle wyskoczył mały fioletowy pendrive i zaczął robić fikołki po całym pomieszczeniu. Telefon skinął na Pilota, a ten wiedział co robić. Wcisnął swój przycisk OFF i skierował sygnał w stronę fioletowego szaleńca. Pendrive upadł na ziemę.
– Ten pen to idiota, ale zawiera wiadomość dla ludzi z miasta – Telefon zwrócił się do maszynki – Maszynko, przymocujemy ci pena do obudowy i dostarczysz go Pogromcy.
– Ale jak? Jak ja się wydostanę z wysypiska?
– Zabierzesz ze sobą oddziały z zachodnich tuneli i dołączysz do orszaku udającego się do miasta na igrzyska. Wmieszacie się w tłum. Ludzie z pewnością zaatakują i prawdopodobnie będzie wśród nich Pogromca. Musisz go odnaleźć Maszynko. Ty go znasz i on zna ciebie. Od tego czy wiadomość dotrze do Pogromcy zależy wiele istnień.

– Tak jest! – Maszynka wyprężyła się na swoim kablu szczęśliwa, że może coś zrobić dla Bogdana – Idziemy!
Wiertarka i Pilot ruszyli w stronę wyjścia za Maszynką. Przeszli razem wiele i nie wyobrażali sobie, że mogą zostawić przyjaciółkę w niebezpieczeństwie.
– Stać! – Maszynka idzie sama, dla was mam inne zadanie!
– Jak to? – krzyknęli chórem – przecież my zawsze razem, do końca – dokończył Pilot.
– Maszynka musi iść sama – Telefon czuł się jak bezduszny urzędnik, który rozdziela rodzeństwo – będzie pod opieką oddziału z zachodniego tunelu. Mają rozkaz chronić Powierniczkę Pena za wszelką cenę. Wiadomość musi dotrzeć do Pogromcy.


[Jurek] – Król Wentylator nakazał wymarsz na Wały. Na czele pochodu szła orkiestra dęta. Potem niosące sztandary młode członkinie Ligi Progresywnych Robotów. Następnie Król trzymający łańcuch do którego przypięto Bogdana. Trasa przemarszu była tak wybrana, aby jak najwięcej mieszkańców Szczecina widziała hańbę Detektywa. Ludzie chowali się w domach, nikt nie wychylał się z okien. Król Wentylator triumfował.

Pogromca zarządził zbiórkę oddziału. Żołnierze karnie stanęli w szeregu . NPWZWI spojrzał na nich i rozpoczął przemowę:
– Większość z was jest ze mną od dawna, a inni już chyba mnie poznali. Wiecie, że zazwyczaj nie szastam frazesami i innymi pierdołami. Daje rozkaz i go wspólnie wykonujemy –
– Wspólnie he, he. Jak tylko panienka gwizdnie Szef wyparowuje – wyrwało się jednemu ze starszych żołnierzy. Wojtek udał, że nie słyszy.
– Teraz mamy sytuacje krytyczną. Idzie powódź. – W oddziale zawrzało.
– Spokój. Wyruszycie do miasta i spróbuje uratować jak najwięcej. Ja z dziesiątką ochotników pójdę na Wysypisko. Według moich informacji jest tam dwóch naszych i trzeba ich odbić. Kto idzie ze mną?
Cały oddział wystąpił.
– Dzięki chłopaki, ale ktoś musi być bohaterem i uratować to miasto. Jeżeli chcecie iść wszyscy to ja wybiorę. Ci, którzy są ze mną od samego początku idą ze mną. Reszta, pod rozkazami Adama, biegiem do miasta.
Adam z niedowierzaniem słuchał słów Pogromcy. Kwadrans temu czuł się więźniem, a teraz dostał ponad setkę luda pod swoje rozkazy.
– Adam, do mnie – Krzyknął Wojtek
Adiutant błyskawicznie pojawił się przy boku nowego dowódcy.
– Nie dziw się. Masz kwalifikację i przypilnujesz tych obdartusów. Chłopaki są okej, ale muszą czuć, że mają zwierzchnika, inaczej zamiast ratować, splądrują miasto.
– Tajest – krzyknął Adam.
– A teraz dupy w troki i do miasta.

Całe Wały Chrobrego były zapchane wszelkiej maści technoistotami. Król Wentylator zasiadł na wielkim tronie, spojrzał na poddanych a potem na związanego Bogdana leżącego poniżej.
– Czas zacząć igrzyska – nakazał.
Na początku Wentylator obejrzał przemarsz swoich doborowych, najwierniejszych oddziałów. Następnie na ringu odbyły się zawody zapaśnicze o Puchar Wielkiego Tłoka. Zawody wygrała Frania. Powoli zbliżał się punkt kulminacyjny. Wszystkie technoistoty czekały na to jedno wielkie wydarzenie. Egzekucję Człowieka ze Snu.