Posts Tagged ‘komercha’


Napisane, odbębnione, wysłane. Szału nie ma. Lepiej nie czytajcie. 😦

Majster Zdzich kontra Komornik 

– Nie możesz wyjechać – opatulony w koc komornik Jan Sknera próbował powstrzymać swoją żonę przed wyjazdem do matki – kto mi będzie gotował obiadki?
– A na czym mam gotować? – żona komornika aż trzęsła się z wściekłości – Nie ma gazu, nie ma prądu. Nawet samochodu nie mam żeby pojechać po chleb. Albo do niego zadzwonisz, albo mieszkaj sobie sam w tej zimnicy! – trzasnęła drzwiami taksówki i Jan Sknera został sam.
– Przecież wiesz, że nie mogę zadzwonić! – krzyknął za odjeżdżającą taksówką – Nie mogę przegrać z jakimś budowlańcem. Jestem komornikiem! To ja mam władzę!

Wszystko zaczęło się od pomyłki urzędnika sądowego. Popełnił błąd w przepisywaniu danych dłużnika i wystawił nakaz eksmisji na niewłaściwy adres. Na adres majstra Zdzicha. Zdzich zareagował jak na majstra przystało, wywlókł komornika za fraki z podwórka i wrzucił do kałuży przed posesją. Komornik nie potrafił znieść takiej zniewagi i poprzysiągł sobie, że zniszczy Zdzicha. Kiedy majster został oskarżony o pobicie i znieważenie urzędnika państwowego na służbie, nie wytrzymał i zadzwonił do Sknery:
– Pan Zdzisław? – odebrał komornik z wyraźną satysfakcją w głosie – Mówiłem, że zadarł pan z niewłaściwym człowiekiem. Czy pan wie jakie ja mam znajomości?
– Słuchaj Sknera – Zdzich mówił spokojnie i powoli – mam głęboko w dupie kogo ty tam znasz. Chciałem tylko cię poinformować, że najpóźniej za miesiąc zadzwonisz do mnie z przeprosinami i wycofasz oskarżenie.

Sknera patrzył na słuchawkę jak zaczarowany. Żyła na czole pulsowała mu szaleńczo. Jeszcze nikt go tak nie obraził. Nikt! Oczami wyobraźni widział jak puszcza Zdzicha z torbami i osobiście licytuje jego dom za grosze. Telefon zadzwonił ponownie. Komornik chwycił słuchawkę i wrzasnął
– Słuchaj Gnido, zniszczę cię…
– Gnido? – kobiecy głos w słuchawce wrzasnął jeszcze głośniej, Sknera położył uszy po sobie – jak ty się odzywasz do żony?
– Przepraszam Rybciu – kajał się Sknera – czekałem na telefon od dłużnika
– Nie piernicz tylko przyjedź po mnie, zholowali mi samochód. Policjant znalazł jakieś luzy w kierownicy i zabrał dowód rejestracyjny.
W warsztacie Sknera dowiedział się, że naprawa będzie bardzo droga, a na części trzeba będzie poczekać miesiąc.
– Ale jak chce pan przyspieszyć to musi pan zadzwonić do wie pan kogo – zawołał mechanik za odjeżdżającym komornikiem.
To był dopiero początek nieszczęść Sknery. Dwa dni później komornik nie wypił porannej kawy bo gaz odcięli i zaspany prawie wjechał do wykopu jaki powstał przez noc przed jego bramą.
– I jak ja mam teraz wyjechać?
– Z gazem nie ma żartów panie – odpowiedział pracownik gazowni gasząc butem papierosa – dostaliśmy w nocy zgłoszenie, że gaz się ulatnia. Musimy wymienić kawał rury. Za miesiąc skończymy.
– To gazu też przez miesiąc nie będzie? Jest styczeń, mróz, a je bez gazu nie mam ogrzewania. I nie mam jak wyjechać na ulicę.
– Właściwie to tak – zadumał się gazownik – no chyba że…
– Taak? – nadstawił ucho Sknera
– No chyba, że zadzwoni pan do wie pan kogo.
Dopiero w taksówce Sknera zaczął podejrzewać od kogo może chodzić. Do kogo powinien zadzwonić, do tego jak mu tam? Zdzicha! Cały dzień w pracy nie mógł się skupić. Obdzwonił gazownię, warsztaty samochodowe i wszędzie usłyszał, że miesiąc. No chyba że zadzwoni do wie kogo.

Po trzech tygodniach Jan Sknera znienawidził słowo „miesiąc”, a na słowo „wie pan kogo” dostawał konwulsji. Do pracy dojeżdżał taksówką, żona wyjechała do matki, w domu nie miał gazu i ogrzewania a na dodatek odcięli mu prąd. W Enei dowiedział się od dyrektora, że naprawią za miesiąc, no chyba że zadzwoni do…
– Wiem kurwa kogo! Wiem. – trzasnął drzwiami i wyszedł zrezygnowany.
Te same słowa wykrzykiwał wychodząc z gabinetów Wójta, Komendanta Policji i Senatora. Ale Sknera nie zamierzał odpuścić. Korzystał już kilka razy z usług miejscowych gangsterów, którzy zmiękczali najbardziej opornych dłużników. Umówił spotkanie z szefem lokalnej mafii.
– Cześć Bolo – komornik jeszcze nigdy tak się nie cieszył na widok kryminalisty – jest robota.
– Uprzedzono mnie Sknera, że przyjdziesz – Bolo poprawił dres i podrapał się po tatuażu z czaszką na ogromnym karku.
– Jak to? Kto?
To nie wiesz, że jestem siostrzeńcem wiesz kogo? – Bolo uśmiechnął się złowieszczo i poklepał Sknerę po ramieniu – wiesz, gdzie masz zadzwonić. Zostały ci dwa dni.
Z komornika zeszło całe powietrze. Nigdy dotąd nie czuł się tak bezsilny.

Dwa dni później komornik obudził się w bojowym nastroju. Obiecał sobie, że się nie podda, że przetrzyma a potem załatwi tego budowlańca. Mróz puścił i wyszło słońce. Wyszedł przed dom i zobaczył geodetów za bramą.
– A co panowie tu mierzą?-
– Wytyczamy teren pod obwodnicę, wszystko tutaj będzie wyburzone – geodeta uśmiechnął się pod nosem – no chyba, że…
– Wiem! – poranny bojowy nastrój pękł jak bańka mydlana.
Sknera usiadł zrezygnowany na śniegu, wyciągnął z kieszeni telefon i wykręcił numer, który śnił mu się codziennie przez ostatnie dwa tygodnie:
– Pan Zdzisław?


Trochę naciągane. 🙂
 
Majster Zdzich i Shakira
 
– Nie kitujesz, że znasz ukryte przejście? – Jurek nie mógł uwierzyć, że na żywo obejrzy jak Polacy grają z Hiszpanami w półfinale Mistrzostw Europy.
– Kochany – majster spojrzał pewnie na Jurka – ja budowałem ten stadion. Architekt to stary pijak. Za klika litrów bimbru wprowadził małą poprawkę do projektu stadionu. Narysował oświetlony tunel i pomieszczenie pod lożą prasową. A teraz patrz na to.
Majster nacisnął i obrócił w prawo dwie cegły w murze, przy którym stali. Coś zgrzytnęło i płyty chodnikowe pod nogami Jurka rozsunęły się. Jurek ledwo uskoczył. Pod jego nogami ukazały się schody.
Jurek już zamierzał się zdziwić, kiedy za jego plecami czarna limuzyna z piskiem opon uderzyła w drzewo za jego plecami. Furgonetka która jechała za nią rozbiła się o tył limuzyny. Z limuzyny wyskoczyła drobna blondynka i z dzikim okrzykiem „Help!” ruszyła w stronę oszołomionych budowlańców. Nie wyhamowała i wepchnęła ich do dziury, którą przed chwilą otworzył majster. Sturlali się po schodach i wylądowali na betonowej posadzce. Wejście zatrzasnęło się.
Pierwszy ocknął się majster. Blondynka waliła drobnymi piąstkami w betonową płytę u szczytu schodów
– Help! Help!
– Ona chyba nie nasza – Jurek usiłował się podnieść i zauważył, że z torebki wystaje książeczka „Rozmówki angielsko-polskie”.
– Dawaj to – Zdzich przewertował książeczkę i krzyknął w stronę blondynki – Hej Lady. We are friends, Don’t Worry!
Blondynka ucichła. Przestała walić piąstkami w beton i powoli podeszła do Zdzicha. Wyjęła mu z dłoni rozmówki i zaczęła przeglądać.
– You are the terrorist? – rozmówki wędrowały z rąk do rąk.
– No, we are fans.
Jurek nie rozumiał za bardzo o czym gadają, więc zaczął się przyglądać blondynce. Im bardziej się przyglądał tym większe miał wrażenie, że skądś ją zna. I nagle go olśniło.
– Ty jesteś Shakira? – zapytał nieśmiało
– Yes! – Shakira zrozumiała bez tłumaczenia – my boyfriend Pique play match today.
– Aaaa – Jurek też zrozumiał – Piket, ten piłkarz, to twój facet.
 
Wejście się zatrzasnęło, nie dało się otworzyć więc ruszyli do pomieszczenia pod lożą prasową.
– O w mordę Zdzichu – Jurek z opadniętą szczęką biegał po pomieszczeniu wyposażonym w pełną piwa lodówkę i kanapę. Na stoliku piętrzyły się paczki z chipsami, orzeszkami i biało-czerwonymi szalikami.
– Wooow! – pisnęła Shakira – excellent!
Majster otworzył wielkie okno i po chwili zaczął się mecz. Widowisko było wspaniałe. Akcja za akcją. Strzały, słupki i parady bramkarzy. Shakira, Jurek i Zdzichu żarli chipsy i doili browary. Bariera językowa zniknęła, liczyły się emocje. Po golach Shakira rzucała się w objęcia Jurka. Do przerwy był remis dwa do dwóch.
– Jurek, show me where the toilet – Shakirę przycisnęło
– Co?
– Ona chce do kibla – wyjaśnił Zdzich
– Chodź mała, pokażę ci kibel – zniknęli za drzwiami.
Wrócili pod koniec drugiej połowy, rozczochrani niezgrabnie poprawiali ubrania.
– Jak tam mecz?
– Eeee. Kicha. Hiszpanie prowadzą cztery do dwóch – majster przyjrzał się Jurkowi. Micha cieszyła mu się jak nigdy – Coś mi się wydaje, że nie tylko Hiszpanie strzelali gole w drugiej połowie.
– Aj tam, aj tam – zarumienił się Jurek.
– Aj tam, aj tam – powtórzyła Shakira, chociaż nie rozumiała słów to wiedziała o czym rozmawiają.
 
Półfinał dobiegł końca. Polacy przerypali pięć do dwóch.
 
Policja wezwana przez paparazzi z furgonetki sforsowała w końcu tajemne wejście do tunelu, wtargnęła do pomieszczenia pod lożą prasową i powaliła brutalnie Zdzicha i Jurka na podłogę. Stado policjantów otoczyło Shakirę, zanim ją wyprowadzili zdążyła krzyknąć
– Jurek call me. I’ll be wating baby.

Kolejna odsłona przygód majstra Zdzicha. Napisana na zlecenie i na ostatnią chwilę. Bądźcie więc łaskawi w ocenach.

ZDZICH, DEMONSTRACJE I TANIEC Z GWIAZDAMI.

Mały posterunek policji na peryferiach stolicy nigdy dotąd nie był tak oblegany. Tabuny dziennikarzy w wozach transmisyjnych czekały pod posterunkiem na bohatera.
Dwumetrowy Zdzich z podbitym okiem i opuchniętą wargą wyglądał jak ranny King Kong pośród zgrai rozczochranych nastolatków, z którymi dzielił celę. Był dla nich bohaterem.
– Jest pan dla nas bohaterem panie Zdzisławie – powiedział niedoszły zięć do majstra – uratował pan demonstrację w obronie wolności słowa. Pobyt z panem w celi to zaszczyt dla nas wszystkich – pozostali aresztanci pokiwali poobijanymi i rozczochranymi głowami potwierdzając słowa niedoszłego zięcia.
– Zamknij się gówniarzu – uśmiechnął się przez obolałą wargę majster, był dumny z chłopaka Ani – to wszystko przez ciebie.

Dzień wcześniej majster oglądał Teleekspress. Kiedy zobaczył własną córkę w telewizji szlag go trafił. Przytulona do swojego chłopaka wrzeszczała coś i wymachiwała transparentem „Nie dla ACTA”.
– Maryśka! – wydarł się Zdzich – jak ma na imię chłopak Ani?
– Czego się drzesz – Maryśka wyszła zaniepokojona z kuchni – Krzysiek.
– Krzysiek powiadasz? – majster stał już w drzwiach i dopinał kurtkę – dobrze, że mi przypomniałaś bo właśnie jadę go zabić!

Demonstracja przeciwko porozumieniu ACTA trwała sobie w najlepsze do czasu, aż pseudokibice i bojówkarze różnej maści postanowili zrobić zadymę. Bandy łysych dresiarzy zaczęły wszczynać bójki z demonstrantami. Manifestacja przerodziła się w regularną wojnę między zadymiarzami, policją i przeciwnikami ACTA. Pośród chaosu majster Zdzich szukał swojej córki. Był wściekły, wiedział że ten kurduplowaty Krzysiek sprowadzi Anie na złą drogę. Brnął przez rozszalały tłum z myślą, że dopadnie gówniarza i sprawi mu lanie. Przeciskał się mozolnie przez tłum krzycząc „Ania, Ania”. Wreszcie w największym zamieszaniu, w epicentrum zadymy dostrzegł swoją córkę. Siedziała skulona na ziemi, a Krzysiek obejmował ją i osłaniał swoim mizernym ciałem przed rozszalałymi dresiarzami.
– Ania! – Wydarł się Zdzich. Mimo ogłuszającego jazgotu usłyszała ojca i ich spojrzenia spotkały się. Przerażenie w oczach córki dodało Zdzichowi nadludzkich sił. Ruszył przez tłum jak przecinak miotając na boki tymi, którzy stanęli mu na drodze. Kiedy dotarł do celu oprawcy zdążyli już dopaść Krzyśka. Chwycił córkę i przytulił jak nigdy dotąd
– Trzymaj się za moimi plecami – krzyknął i zabrał się za ratowanie zięcia, którego jeszcze przed chwilą chciał ukatrupić. Chwycił dwóch dresiarzy, którzy kopali chłopaka. Podniósł ich do góry, zderzył ich głowami i bezwładne ciała rzucił na boki. W tym czasie zięć wstał i kopem w krocze obezwładnił napastnika, który zamierzał zaatakować majstra kijem baseballowym. Majster już miał dokończyć dzieła z baseballistą, kiedy zięć powstrzymał jego rękę.
– Teść pozwoli – spojrzeli sobie w oczy, po czym zięciu szybkim ciosem powalił dryblasa.
– Noo! – Zdzich po raz pierwszy spojrzał z podziwem chłopaka Ani – Zabierz ja stąd, ja ich zatrzymam.
Dresiarze zorientowali się, że coś nie gra i rzucili się na Zdzicha. Walczył jak lew i rzucał nimi na lewo i prawo. Heroizm i brawura Zdzicha dodały demonstrantom odwagi. Zrozumieli nagle, że mają przywódcę. Ruszyli do boju i obsiedli napastników jak muchy zmuszając do odwrotu. Wtedy wkroczyła policja. Majster został aresztowany i wrzucony do radiowozu. W środku siedział Krzysiek z rozciętym łukiem brwiowym.
– Co ty tu robisz?
– Zostawiłem Anię w akademiku i wróciłem ratować teścia.

– Dlaczego los pokarał mnie mężem bohaterem? Kiedy te sępy dadzą nam spokój? – Marysia miała już dosyć wywiadów, dziennikarzy i polityków. Odwiedzili już wszystkie studia telewizyjne. Byli u premiera. Odwiedził ich prezydent. Mieli dosyć sławy. Marzyli o ciszy i spokoju.
– Aj cichaj Maryś – westchnął Zdzich – przynajmniej Ania dostała się do „Tańca z gwiazdami”.


Majster Zdzich ma już prawie trzy lata. W kwietniu 2009 roku popełniłem pierwszy odcinek. Może majster trochę za dużo pije jak na swój wiek, ale to pewnie dlatego że jest trochę podobny do autora.  Podkreślam TROCHĘ!

Trzy razy już Majster Zdzich obchodził święta, a żadne z nich nie były normalne.

MAJSTER ZDZICH – ODCINEK ŚWIĄTECZNY Święta 2009. Meksyk, świńska grypa, szpital i powrót do domu.

MAJSTER ZDZICH U GAJOWEGO PIETRUCHY Święta 2010. Wyprawa po choinkę, pijany wodnik i bimber z wodorostów.

MAJSTER ZDZICH I ŚWIĄTECZNA APOKALIPSA Święta 2011. Święta z bliźniakami z piekła rodem.


– Kochanie – Marysia z poważną miną odłożyła słuchawkę telefonu – moja siostra wyjeżdża w święta na wesele i przywiezie nam na święta bliźniaki. I królika.
– O Matko jedyna – Zdzichowi włosy stanęły dęba. Marek i Darek byli pięcioletnimi bliźniakami z ADHD. Gdziekolwiek się pojawili siali chaos i zniszczenie. Majster usiadł głębiej w fotelu, włączył mecz w telewizji i zaczął delektować się ostatnimi godzinami spokoju.

WIGILIA

Przyjechali w wigilię po południu. Bliźniaki natychmiast z dzikim okrzykiem „wuuujek!!!” rzuciły się na majstra. Kiedy Zdzich próbował uwolnić szyję z bliźniaków Marysia odebrała od siostry instrukcje, torby i klatkę z królikiem. Królik Puszek nie był wcale lepszy od bliźniaków, gryzł wszystko i wszystkich. Kiedy tylko ratlerek Pomponik podbiegł do klatki Puszek rzucił się w jego stronę i morderczym szale zaczął gryźć stalowe pręty klatki. Pomponik skulił ogon i z piskiem schował się pod fotel. Wieczerza wigilijna nie przebiegła spokojnie. Bliźniaki pokłóciły się i zaczęły rzucać w siebie pierogami. Kiedy majster próbował interweniować dostał w czoło pokaźnym kawałkiem karpia w galarecie.

– Spokój – krzyknęła Marysia – bo mikołaj nie przyjdzie i nie przyniesie prezentów!
Podziałało. Marek i Darek uspokoili się i z minami niewiniątek przeprosili wujka. Zjedli grzecznie kolację i czekali na mikołaja. Po wieczerzy Marysia zabrała dzieci na podwórko w poszukiwaniu pierwszej gwiazdki
– O widzicie. Jest! – pokazała palcem punkcik na niebie i rozejrzała się dookoła, maluchów już nie było. Dostrzegła tylko kątem oka jak z niewiarygodną prędkością mkną w stronę domu. Zdzich ledwo zdążył upakować prezenty pod choinką, odwrócił się zobaczył pędzące w jego stronę bliźniaki. Nie zdążył uskoczyć, dzieciaki nie wyhamowały, wpadły na niego i we trójkę wyrżnęli się na choinkę. Nie było co zbierać. Do końca dnia już było spokojnie. Marek i Darek zajęli się prezentami, a Marysia do nocy wyciągała igły świerkowe i fragmenty bombek z pleców i tyłka majstra.

25 GRUDNIA

Rankiem pierwszego dnia świąt Zdzich i Marysia spali sobie błogo, gdy nagle obudził ich hałas tłuczonego szkła. Zerwali się szybko z łóżka i pobiegli do pokoju ratować co się da. Okazało się, że mikołaj przyniósł bliźniakom małe zestawy do wspinaczki skałkowej. Natychmiast odkryli w sobie żyłkę alpinisty i postanowili zdobyć najwyższe szczyty w mieszkaniu. Marek wspiął się na szafę. Darek uznał, że fajniej będzie wspinać się po firankach i zasłonach. Firanki w kuchni nie wytrzymały i zerwały się. Firanki w pokoju okazały się mocniejsze, ale metalowy karnisz nie wytrzymał. Zerwał się i wybił okno. Zdzich już zamierzał nakrzyczeć na niegrzeczne dzieci, gdy przez pokój z piskiem przebiegł Pomponik z królikiem na grzbiecie. Spojrzeli na klatkę. Puszek przegryzł plastikowe dno klatki, uwolnił się i zapolował na ratlerka. Bliźniaki znowu zrobiły miny niewiniątek i pomogły posprzątać. Do wieczora nie działo się już wiele, pies i królik toczyli regularną wojnę a niezmordowane dzieci ganiały się po mieszkaniu i średnio raz na godzinę przewracały choinkę. Wieczorem nie miała już prawie żadnej całej gałęzi.

26 GRUDNIA

Drugiego dnia świąt dzieci do południa grzecznie oglądały bajki. Zdzich i Marysia uwierzyli nawet, że mogą na chwilę spuścić je z oczu i zająć się sobą. Siedzieli sobie w kuchni i popijając barszczyk upajali się ciszą. Wtedy Majster coś poczuł.
– Kochanie, chyba coś ci się przypala w piekarniku.
– Przecież ja nic nie piekę – Marysia spojrzała na męża, a on już wiedział
– Choinka! – krzyknęli jednocześnie i rzucili się w stronę pokoju
Choinka płonęła, przyozdobiona watą imitującą śnieg zajęła się w mgnieniu oka. Płomienie sięgały sufitu. Marek przerażony chował się za kanapą, a Darek z zapalniczką w dłoni jak zahipnotyzowany wpatrywał się w ogień.
– Ja. Ja tylko chciałem zobaczyć jak bombka pęka.
Marysia zabrała szybko dzieci na podwórko. Zdzich pobiegł do samochodu po gaśnicę. Był mróz i zamki od Poloneza zamarzły. Nie było czasu na szarpanie się z drzwiami. Mieszkanie płonęło. Chwycił za szpadel, wybił szybę w samochodzie, wydobył gaśnicę i pobiegł w stronę domu. Od choinki zajął się już fotel i telewizor. Gaśnica wystarczyła tylko na choinkę i telewizor. Fotel dogasił wodą. Zawołał żonę i bliźniaki. Usiedli na kanapie i bez słowa wpatrywali się w dymiące zgliszcza. Za godzinę miała przyjechać siostra Marysi odebrać dzieci. Pomponik w końcu uratował swój psi honor i upolował Puszka. Machając ogonem wbiegł do pokoju z królikiem w pysku. Położył białe truchło na mokrym dywanie, podepchnął nosem pod nogi Zdzicha i wskoczył mu na kolana. Majster podrapał go za uchem
– Przynajmniej ty miałeś udane święta.

Z podziękowaniem dla irethringeril za podsunięcie pomysła.


                                                                  Zdzich, wybory i kac gigant. 

Majster Zdzich wrócił wcześniej od gajowego Pietruchy. Miał zamiar pójść na wybory, nawet załatwił sobie upoważnienie do głosowania w pobliżu budowy w Taplarach. Gdy wychodził od gajowego minął się w drzwiach z szkolnym woźnym Staśkiem, uderzyło go że Stachu wygląda na strapionego.

Obudziło go pukanie do drzwi. Chociaż nie dużo wypił poprzedniego dnia to bolała go głowa i ledwo zwlókł się z łóżka. Doczłapał się w slipach do drzwi, otworzył i natychmiast pożałował.
– Pani dyrektor? – już miał zamiar się schować, gdy zauważył że dyrektorka szkoły przygląda mu się nie ukrywając zainteresowania, wciągnął brzuch i czekał.
– Panie Zdzisławie – zarumieniła się pani dyrektor – mamy poważny problem.
– Proszę wejść – majster nonszalancko poprawił włosy – muszę się ubrać.
– Nie ma czasu panie Zdzisławie – rozpłakała się pani dyrektor – musi pan szybko obudzić pana Stanisława, bo inaczej nie otworzymy szkoły. W szkole jest lokal wyborczy i od dwóch godzin powinien być otwarty. Lekarz nie dał rady otrzeźwić Stanisława, nawet gajowy go nie dobudził. W panu nadzieja panie Zdzisławie.
– Przecież Stachu nie pije – zdziwił się Zdzich
– No właśnie. Nigdy nie zawiódł mojego zaufania, ale wczoraj pokłócił się z żoną i poszedł do gajowego się upić.
– Dobra jedziemy do gajowego.
W samochodzie dyrektorka opowiedziała Zdzichowi, że kilka dni temu w szkole wymieniono wszystkie drzwi wejściowe na takie z cyfrowym zamkiem i żeby wejść trzeba wbić kod. Pani dyrektor przez roztargnienie zostawiła kartę z kodem w swoim gabinecie, a Stachu zamknął drzwi.
– I nie pamięta pani kodu?
– Niestety – znowu się zarumieniła – tylko pan Stanisław zna kod na pamięć.

Zdzich z gajowym Pietruchą stali nad nieprzytomnym Stachem próbując coś wymyślić.
– Rzygał?
– Siedem razy – policzył gajowy – nawet mikstury próbowałem
– I nic? – Zdzichu zaczął tracić nadzieję, wiedział że legendarna mikstura Pietruchy każdego stawia na nogi
– Nic.
– Ciężki przypadek – podrapał się po głowie majster – a o co Stachu pokłócił się ze starą?
– Zapomniał o rocznicy ślubu i wywaliła go z domu.
– Skąd ja to znam? – zamyślił się majster – nie ma wyjścia, musimy sprowadzić jego żonę, tylko ona go dobudzi. Nie ma nic lepszego na kaca giganta jak głos wściekłej żony.

Sprowadzenie Jadwigi, żony Stacha zajęło kolejną godzinę. Miała takiego mega focha, że za cholerę nie chciała słyszeć o jakichkolwiek kontaktach ze swoim mężem. Dopiero patetyczna mowa dyrektorki, że tu nie o Stacha chodzi, ale o dobro państwa i demokrację spowodowała, że Jadwiga zmiękła.
– Wieźcie mnie do tego darmozjada – krzyknęła – ja mu pokażę!
Kiedy zobaczyła nieprzytomnego męża natychmiast w jej oczach błysnęły pioruny gniewu.
– Ty pijaku! – wydarła się Jadwiga – nie dość, że zapominasz o rocznicy, to jeszcze wyglądasz jak ostatni menel!
– Jadziu – Stachu natychmiast zerwał się na równe nogi – Myszko, ja przepraszam, że zapomniałem….
– Zamknij się moczymordo – trzepnęła go w tył głowy – jaki jest kod do drzwi od szkoły?
– Eeee. Jeden, dwa, trzy, cztery – wyrecytował oszołomiony
– Jeden, dwa, trzy, cztery? – złapała się za głowę dyrektorka – Matko! Jaki głupi kod!
– Jaki woźny, taki kod – zauważyła Jadwiga.
– Jadę – westchnęła z ulgą dyrektorka – bo jeszcze wybory unieważnią.

Następnego dnia w leśniczówce Zdzich z gajowym Pietruchą sączyli bimber i oglądali wiadomości. Na tle taplarskiej szkoły dziennikarz relacjonował: „To w tej szkole za mną awaria nowoczesnych elektronicznie zamykanych drzwi spowodowała najdłuższe w historii Polski głosowanie. Dopiero po czterech godzinach, po interwencji techników udało się otworzyć lokal wyborczy w Taplarach. Państwowa Komisja Wyborcza podjęła decyzję o przedłużeniu ciszy wyborczej do pierwszej w nocy.”
– Ale dyrektorka im kitu nawciskała – rechotał gajowy – jesteśmy technikami.
– A jak! – uniósł dumnie czoło majster – Jesteśmy technikami kaca.


No i jest! Wymęczony! Napisany w straszliwych męczarniach i na ostatnią chwilę.

MAJSTER ZDZICH NA GRZYBACH

– Kogo brakuje? – Marek, opiekun firmowej wycieczki na grzybobranie ze zgrozą wpatrywał się w cztery puste miejsca w autokarze. Przeczuwał, że zabieranie budowlańców do lasu to nie jest najlepszy pomysł. Albo się napiją, albo pogubią, albo wszystko na raz.
– Zdzicha nie ma – krzyknął ktoś z głębi autokaru – Jurka, Gienka i Mietka też brakuje.
– Dobra – usiadł zrezygnowany – czekamy jeszcze godzinę i ruszamy.
– Oni tak szybko nie wrócą – odezwała się księgowa Ania – Zdzichu miał ze sobą cztery litry bimbru, na pewno śpią gdzieś pijani.

– Jurek, ty też widzisz dzika – pierwszy obudził się majster
– No widzę – ziewnął Jurek – wyjada grzyby z koszyka Mietka
– Matko jedyna – Zdzichu zerknął na zegarek i zerwał się na równe nogi płosząc dzika – już osiemnasta! O trzynastej mieliśmy wracać. – spojrzał na telefon, dwanaście nieodebranych połączeń. – Dzwonię do Marka, może jeszcze czekają.
Jurek obserwował jak zmienia się twarz majstra podczas rozmowy z opiekunem wycieczki, przyglądał się jak majster z każdą sekundą staje się jakby coraz mniejszy, kaja się i przeprasza. Kiedy wreszcie spocony Zdzich zakończył rozmowę Jurek zapytał.
– I co?
– Ja pierniczę, ale zebrałem opierdol. Nie poczekali – otarł pot z czoła – musimy dojść do najbliższej wioski i zorganizować sobie transport do domu. Obudź chłopaków.
Mietek z Gienkiem od razu wytrąbili litr coli na kaca.
– Ej zaraz, zaraz – Jurek wyrwał Mietkowi butelkę – musimy oszczędzać picie, nie wiadomo jak długo będziemy błądzić po lesie – wiesz Mietek w którą stronę mamy iść?
– Eeee, no nie za bardzo – podrapał się po głowie Mietek udając, że myśli
– No właśnie my też nie wiemy. Musimy mieć plan.
Jurek jako namiętny fan programów na kanale Discovery i domorosły znawca technik przetrwania mianował sam siebie przywódcą grupy zabłąkanych grzybiarzy i oszacował zapasy.
– Mamy butelkę wody gazowanej, trochę coli, cztery kanapki z serem, kilka korniszonów i litr bimbru – na dźwięk słowa bimber Mietek z Gienkiem wyraźnie się ożywili – to wszystko musi nam wystarczyć do jutra. Przenocujemy tutaj.
Pozostali spojrzeli na Jurka jak na debila – Jak to przenocujemy? – krzyknęli chórem – Powaliło cię?
Jurek miał niestety rację. Sytuacja nie była wesoła, robiło się coraz zimniej a za półtorej godziny miało się ściemnić. Przydzielił Mietka i Gienka do usunięcia ściółki z miejsca gdzie miało być ognisko. Nie chcieli przecież podpalić lasu. Jurek ze Zdzichem zajęli się przygotowaniem legowiska z gałęzi i trawy. Mietek, Gienek i Zdzichu zadzwonili do swoich żon informując o sytuacji. Jurek jako kawaler nie musiał się nikomu tłumaczyć. Z daleka słyszał jak małżonki wyzywają jego kompanów od pijaków i darmozjadów. Cieszył się, że jest jeszcze kawalerem.

To była ciężka noc. Prawie nie zmrużyli oka. Było tak zimno, że nawet ognisko nie wiele pomagało. Komary cięły niemiłosiernie, a pająki i wszelkie robactwo obłaziło ich regularnie nie pozwalając usnąć. Na dodatek w okolicy nadal grasował dzik który wcześniej wyjadał grzyby z mietkowego koszyka. Gdyby nie bimber nie przetrwali by tej nocy. Alkohol rozgrzał ich i pozwolił na krótki sen. Około szóstej nad ranem kiedy zaczęło świtać budowlańcy zaczęli niemrawo szykować się do poszukiwania cywilizacji. Telepali się z zimna, wszystko ich bolało, byli pogryzieni przez komary i na dodatek mieli kaca. Wyglądali żałośnie. Nasikali profilaktycznie na dogasające ognisko i ruszyli w drogę. Po dwóch godzinach natrafili na leśną ścieżkę, która zaprowadziła ich do wioski. Zadzwonili do żon informując gdzie są i udali się na poszukiwanie sklepu. Mieli nadzieję, że w niedziele będzie otwarte.
– Dzięki ci Panie – westchnął Gienek, kiedy zobaczył otwarte drzwi małego sklepiku – otwarte!
Przyspieszyli kroku i dopadli do lady. Pierwsze piwo wydoili nie odchodząc od lady. Kupili następne piwo, kilka bułek i trochę kiełbasy. Na ławce przed sklepem zjedli śniadanie. Smakowało jak nigdy. Ludzie idący do kościoła z politowaniem patrzyli na czterech meneli pijących pod sklepem. Kończyli właśnie szóste piwo, kiedy pod sklep podjechały dwa samochody i wysiadły z nich trzy kobiety z żądzą mordu w oczach. Miotając obelgami ruszyły w stronę ławeczki. Przypominały zbliżający się huragan, przed którym nie ma ucieczki. Jurek przerażony nadciągającym żywiołem wycofał się do sklepu.
– No chłopaki – Zdzich czekał skulony na nieuchronną egzekucję – najgorsze dopiero przed nami.
– Dobrze, że zdążyliśmy się upić – jęknął Gienek – będzie mniej bolało.


Onegdaj, kiedy lenistwo podłe amputowało mi czasowo wyobraźnię poprosiłem Was o pomysł na kolejny odcinek przygód „Majstra Zdzicha”.

Napisałem wtedy:  Apeluję zatem do Was drodzy czytający. Uratujcie leniwego Graforomana i przywalcie mi jakimś pomysłem. Nagrodą za najlepszy pomysł tak jak przy okazji zagadki z rebusem będzie TRZYDZIESTOMINUTOWA PRZYCHYLNOŚĆ GRAFOROMANA. Termin transmisji sygnału przychylności ustalę ze zwycięzcą po napisaniu kolejnego Zdzicha.

Posypały się pomysły, więc ogłaszam wyniki.

1 miejsce i trzydziestominutowa przychylność Graforomana dla irethringeril, która napisała: „Zdzichu ma migrenę. Wszystko mu leci z rąk, zapomina jak pędzić bimber, a do tego ktoś z rodziny podrzuca mu wścibskiego i ciekawskiego gówniarza na wakacje. Z królikiem.” Genialne, od razu przypomniał mi się film „Denis rozrabiaka”

2 miejsce i dwudziestominutowa przychylność Graforomana dla georgeeliot, która napisała: „Sąsiad, który wyjechał za granicę (na kontrakt, np), poprosił życzliwego Zdzisława, żeby zaopiekował się jego gadająca, ale w sumie małomówną papugą. Zdzichu postawił sobie za punkt honoru rozbudować słownictwo ptaszyska. Papuga była krnąbrna i oporna w nauce, ale Zdzisław miał własne metody itd.” Tylko czy mi wydrukują nowe słownictwo papugi?

3 miejsce dla Żony, która wymyśliła że żona Zdzicha zacznie chodzić na spotkania dla emerytów organizowane przez akwizytorów i zacznie kupować garnki za trzy tysiące, materace, i inne. Zdzicha szlag trafi kiedy zorientuje się, że na koncie ma debet. Dozgonną przychylność przysięgałem żonie przy ołtarzu więc za trzecie miejsce dostanie trzy buziaki. 🙂

Za pomysły dziękuję także: OnibeAdamowiEdgarowi, dr. Wyciorowi i Violi

Wasze pomysły zachowam. Do napisania Zdzicha wykorzystałem marny temat sezonowy. Wysłałem Zdzicha na grzyby. Do poczytania na blogu od soboty. 🙂


Takie zmasowane lenistwo opanowało mój organizm, że nawet wpis o tym, że mi się nie chce pisać zgapiłem od Varriory.

„Herbata stygnie zapada mrok, a pod piórem ciągle nic”

Normalnie mam tak samo. Paluchy wiszą nad klawiaturą i czekają na sygnał z mózgu na które klawisze mają naciskać. Tak sobie wiszą i czekają, krew w dłoni odpływa i robią się blade. A mózg co! Nic, kurna nic! Opierdala się skubaniec i za cholerę nie chce produkować słów, które mógłby podesłać paluchom.  I tak leniuchowałbym sobie beztrosko zwalając swoje lenistwo na sprawy wszelakie, gdyby nie to że muszę szybko oddać kolejny odcinek „Majstra Zdzicha”. Gazetka już na ukończeniu, a moja strona wieje pustką. Nie mam pomysłu co jeszcze może spotkać biednego Zdzicha. Był już świadkiem katastrofy śmigłowca, bawił się w archeologa, zabrał kurduplowatego psa na budowę, obił kilka mord w Taplarach, zapadł na świńską grypę w Meksyku, był świadkiem wielkiej miłości dżdżownic, zabrał żonę i córkę na ryby, rozpędził obrońców Krateru, narąbał się moczarkówką z Wodnikiem u Gajowego Pietruchy, został napromieniowany, rozpijał chińczyków budujących autostradę. Możdżę i móżdżę i nie mogę wymóżdżyć następnego odcinka. Zawsze mogę zrobić ze Zdzicha dewianta albo seryjnego mordercę – tyle że mi tego nie wydrukują. Czyli Dupa!

Apeluję zatem do Was drodzy czytający. Uratujcie leniwego Graforomana i przywalcie mi jakimś pomysłem. Nagrodą za najlepszy pomysł tak jak przy okazji zagadki z rebusem będzie TRZYDZIESTOMINUTOWA PRZYCHYLNOŚĆ GRAFOROMANA. Termin transmisji sygnału przychylności ustalę ze zwycięzcą po napisaniu kolejnego Zdzicha.

 


Kolejny odcinek przygód Majstra Zdzicha pisany do gazetki firmowej powstał w okropnych męczarniach. Ciocia Wena już od dawna mnie nie odwiedza, więc pozostaje siermiężne rzemiosło. Słowa za cholerę nie chciały układać się w zdania, a zdania w tekst. Wyszło jak wyszło. Tekst oddać do druku trzeba.

Zdzichu, bimber i Chińczycy.

To nie prawda, że Chińczycy zawalili budowę autostrady z powodów finansowych. Przyczyna była bardziej prozaiczna. Załatwił ich bimber Zdzicha.
Majster Zdzich pędził bimber od zawsze. Lubił to i potrafił, był wirtuozem samogonu. Zawsze zabierał ze sobą na budowę swój niezawodny zestaw do destylacji. Wszyscy wiedzieli, że majster pędzi najlepszy bimber w branży. Urzędnicy, kierownicy, BHP-owcy i ochroniarze już nie dawali się przekupić zwykłą flaszką ze sklepu, ale za butelczynę „Zdzichówki” można było załatwić wszystko. Majster destylował dzień i noc, baniaki z zacierem fermentowały radośnie aby zaspokoić rosnący popyt.

Prawdziwe bimbrowe szaleństwo zaczęło się kiedy kierownik Janek pojechał do Chińczyków załatwić pewną ważną sprawę i staropolskim zwyczajem wręczył im butelkę Zdzichówki. Następnego ranka, gdy Janek przyjechał na budowę pod jego kontenerem koczowała już delegacja chińskich budowlańców. Łamaną angielszczyzną wytłumaczyli mu, że „ta alkohol być bardzo dobra” i że oni „chcieć kupić dużo”. Na nic zdały się tłumaczenia, że Zdzichówki nie można kupić. Nie było wyjścia, w imię dobrych polsko-chińskich stosunków Janek udał się do Zdzicha.
– Zostało ci jeszcze trochę bimbru?
– Jakieś dwadzieścia litrów.
– Dawaj wszystko, Chińczycy chcą kupić.
– Wszystko? – majster podrapał się po głowie – no dobra, stówa za litr i niech biorą.

Kupili dwadzieścia litrów po stówie za litr i lawina ruszyła. Stary zestaw do destylacji został wymieniony na nowy o wysokiej wydajności i wstawiony do stodoły wynajętej po cichu od miejscowego rolnika. Gospodarka gminy oszalała. Na Chińczykach zarabiali wszyscy. Rolnicy dostarczali Zdzichowi tony owoców i zboża. Sklepy spożywcze sprzedawały dziesięć razy więcej cukru i drożdży. Chodzą słuchy, że to majster Zdzich spowodował ostatni wzrost cen cukru w Polsce. Ożywienie gospodarcze nie uszło jednak uwagi sołtysa i komendanta policji. Majster spotkał się z nimi, poczęstował Zdzichówką i zaproponował udziały w interesie. Trochę się opierali, ale po drugiej flaszce ulegli. Było po kłopocie.

Jak się okazało chińscy budowlańcy potrafili wypić, co niektórzy byli nawet lepsi od naszych. Polacy nie mogli przeżyć, że niepozorni Azjaci przepijali największych wprawionych w bojach polskich zakapiorów. Ich duma nie pozwalała na to aby przejść nad tym do porządku dziennego, więc zorganizowano wielki pojedynek pijaków. Stawką była nasza duma narodowa. Do pojedynku stanął sam niepokonany majster Zdzich. Chińczycy wystawili do walki dwumetrowego dryblasa o imieniu Kong. Choć majster był dużym facetem, to przy Kongu wyglądał niepozornie. Pojedynek nie zapowiadał się dobrze. Pod koniec pierwszego litra majster zaczął przejawiać pierwsze oznaki upojenia, Kong pił niewzruszony. Drugi litr przebiegł w podobnej atmosferze, chiński dryblas siedział prosto i bez mrugnięcia okiem przechylał kolejne pięćdziesiątki bimbru, majster wyglądał coraz gorzej ale dawał radę. Kiedy dotarli do czwartego litra sytuacja wydawała się beznadziejna. Zdzich już prawie na leżąco z wielkim trudem wypijał kolejne kieliszki a Kong nadal pił wyprostowany. W pewnym momencie było już jasne, że następny kieliszek będzie dla Zdzicha ostatnim, wyglądał naprawdę fatalnie, dostał czkawki i spadł z krzesła. Wgramolił się jakoś z powrotem i drżącą ręką chwycił kieliszek.
– No Konguś – wymamrotał – za mamusię
Wypił i pogodzony z porażką marzył tylko o tym aby wreszcie iść spać. Mrużył oczy walcząc ze snem i jak przez mgłę zobaczył jak Chińczyk powoli zamyka oczy a jego potężne cielsko opada na stół rozbijając czołem kieliszek. Chińska część widowni ucichła a kaski polskich budowlańców triumfalnie pofrunęły do góry. Majster jeszcze usłyszał okrzyki „Huraa!”, „Zdzich na prezydenta” po czym poszedł w ślady Konga i wyrżnął czołem w stół.

Następnego dnia w mediach gruchnęła wiadomość, że chiński wykonawca ma kłopoty z dokończeniem budowy odcinka autostrady. Jednak to nie brak pieniędzy, ale kac był pierwotną przyczyną problemów azjatyckiego wykonawcy. Prawie wszyscy chińscy budowlańcy rozsmakowali się w zdzichowym bimberku. Od miesięcy przychodzili na megakacu do pracy i zamiast zająć się robotą kombinowali jak tu zarobić na następną flaszkę Zdzichówki. Handlowali więc na lewo materiałami budowlanymi. Podchmieleni logistycy organizowali puste transporty, a skacowani księgowi wystawiali zawyżone faktury podwykonawcom. Prędzej czy później musiało to wszystko upaść i upadło.