Posts Tagged ‘Gucio’


Kiedyś, kiedy Gucio był jeszcze młodym zbuntowanym piesięciem doił browary jak stary.

Dzisiaj Gucio już nie pije piwa. Pijany nie był sobą i gwałcił pluszaki.

 

Reklamy

No i stało się. Pyton Maciek zamieszkał u nas. Gucio ma mieszane uczucia. Nie wie, czy zeżreć czy pokochać?

Zeżreć, czy pokochać?

A oto Maciej w swoim nowym terrarium.


Już był Gucio w szelki zapięty, już pazurami drzwi szorował, już smycz naprężona. I co? I dupa! Lunęło, błysnęło i zagrzmiało nagle. Spacer musiał poczekać. Gucio już oczami wyobraźni zaplanował sobie, które drzewa obsika, które krzaczki obwącha, wiedział już nawet gdzie się wykasztani, ale plan niespodziewanie wziął w łeb. Spacer musiał poczekać.

I tak stał sobie Gucio w oknie i łypał groźnie okiem na tęczę. Już nie lubi tęczy bo mu się z pełnym pęcherzem kojarzy. 😉


Co tam się dzieje psia mać? Peleton!

Gucio vel Timon to jednak bystrzacha jest. W życiu nie pokapowalibyśmy się jakie rzeczy dzieją się za oknem, gdyby Gucio stójki nie odwalał. Zajęci myciem zębów i innych odnóży czyli w skrócie późnoporannymi obowiązkami niedzielnymi nie dostrzeglibyśmy, jaki peleton czai się za oknem. A czaił się, i to niekiepski.

Rowery do góry!

Niektórzy się wyłamali, nie mieli rowerów. Mieli bębenki.

Teraz już wiadomo co sprawia, że szanujący się pies przepoczwarza się w Surykatkę. Stada rowerzystów!


Co takiego sprawia, że szanujący się pies przepoczwarza się w surykatkę? Gdybyśmy wiedzieli, że on taki  – nazywałby się Timon.

Pies to?

Czy surykatka?

O tym co takiego strasznego za oknem zamienia psa w pustynne zwierzę w następnym wpisie.


Wena ostatnio nie za bardzo zwraca na mnie uwagę, więc na przeczekanie pochwalę się ogrodem. A Co!!! Zdjęcia robione w kwietniu, więc jeszcze nie za bardzo zielono.

Mój ogród to za dużo powiedziane. Moja rola jako użytkownika tego ogrodu sprowadza się do zeżerania niewiarygodnych ilości roślin, które tam wyrosną – a rosną ogromne. Tak naprawdę ogród jest oczkiem w głowie rodziców. Pielęgnują go czule i chronią przed chwastami i szkodnikami. W fazie wzrostu, kiedy warzywa są jeszcze małe i wrażliwe największym szkodnikiem jest nasz pies Gucio. Kopie dołki, biega, depcze, łamie, sika, a nawet czasem się wykasztani. To nie dopuszczalne, takiego upierdliwego szkodnika powstrzyma tylko żelazna krata.


O moim psie napisałem już przy okazji opowiadania „Zdzich Koralgol i Pomponik„. Dodam tylko że wporzo z Gucia zwierze.

Kilka fotek mojego bydlaka 🙂


Do napisania trzeciego odcinka zainspirowały mnie moje własne doświadczenia. Prawie cztery lata temu żona namówiła mnie na zakup psa marki „York”. Yorki kojarzyły mi się z wychuchanymi kulkami sierści noszonymi na rękach przez wystrojone babeczki z w ubrankach i kokardkach pod kolor torebki właścicielki. To nie była łatwa decyzja, obawiałem się o swoją reputację. Dałem się jednak namówić i nie żałuję, stałem się szczęśliwym posiadaczem Gucia.

O rozterkach i wewnętrznych zmaganiach poważnych posiadaczy małych piesków opowiada trzecia odsłona przygód Majstra Zdzicha.

ZDZICH, KORALGOL I POMPONIK.

Majster Zdzich ostatni raz tak się wstydził w drugiej klasie podstawówki. Szkoła zorganizowała wtedy z okazji dnia dziecka bal przebierańców. Chłopaki w klasie poprzebierali się za Zorro, Supermanów i innych bohaterów. A Zdzich? Mamusia uszyła mu osobiście kolorowy strój Misia Koralgola. Dwa miesiące bidulka się nad nim trudziła wieczorami po pracy i mały Zdzisio czy chciał czy nie musiał pójść w tym na bal. To był najgorszy dzień jego dzieciństwa, dzieciaki w szkole przez tydzień na jego widok pękali ze śmiechu, reputację Zdzisia w klasie szlag trafił, a przezwisko „Koralgol” przylgnęło do niego do końca technikum. Nigdy potem nie został już tak upokorzony. Do dziś.
Katastrofa miała początek w chwili, gdy żona majstra oświadczyła mu że wyjeżdża z mamą na trzy tygodnie do sanatorium i będzie się musiał zaopiekować jej ratlerkiem o koszmarnym imieniu Pomponik. Rozpaczliwe próby znalezienia opieki dla pieska spełzły na niczym i nie było wyjścia, musiał zabrać go na budowę. Kiedy majster zgodził się na błagania żony, żeby kupili ratlerka wiedział, że to się kiedyś na nim zemści. I oto nadszedł dzień zemsty.
Kiedy tak siedział bliski samobójstwa w swoim rozklekotanym Polonezie i patrzył na radośnie machającego patykowatym ogonkiem ratlerka, który przycupnął na siedzeniu pasażera, czuł się jak wtedy na dziecięcym balu przebrany za misia Koralgola. „Jak ja się pokażę z tym szczurem na budowie?” rozpaczał w myślach „Chłopaki zabiją mnie śmiechem a Pomponika poszczują kotami”. Zerknął smutno przez boczną szybę na swój wiadukt, wtedy Pomponik jakby zrozumiał dramatyczną sytuację swojego pana, szczeknął i polizał go w policzek. To otrzeźwiło Zdzicha. Wysiadł powoli z samochodu.
– No Pompon idziemy. Musimy stawić czoła przeznaczeniu. – powiedział hardo majster, a piesek szczeknął groźnie dwukrotnie na znak, że podejmuje wyzwanie i wyskoczył z samochodu.
Początki duetu Zdzich-Pomponik były trudne. Pojawienie się ich na budowie wywołało spazmatyczne ataki śmiechu u całej załogi i docinki w stylu „Majster, trzymaj tego dobermana bo nas pozagryza” lub „a męskich nie było?” Jedynie Jurek natychmiast zapałał szalonym uczuciem do Pomponika
– Oj jaki śliczny – zachwycił się Jurek – jak się wabi?
– Pomponik – powiedział cicho majster, a jego odpowiedź wywołała kolejny atak śmiechu, zdruzgotany Zdzich wśród tarzających się ze śmiechu zauważył nawet kierownika Janka, prawie go to dobiło. Zrezygnowany nie zareagował nawet, gdy Pomponik rzucił się z morderczą pasją na nogawkę zachwyconego Jurka.
– Choć Pompon – szepnął – idziemy.
Po kilku dniach budowlańcy przywykli do pałętającego się wszędzie kurduplowatego pieska, polubili go nawet, głaskali czasem i w tajemnicy przed odzyskującym swoją reputację majstrem dokarmiali go przy śniadaniu. Jurek nawet zbudował mu budę, a Pomponik regularnie atakował jego nogawki ku uciesze wszystkich.
– Panie majster, panie majster – krzyczał Jurek
– Czego? Nie widzisz, że śpię durniu – burknął spod kapoty wściekły Zdzich, nikt nie lubi być budzony.
– Szybko, zobaczy pan, szybko.
– Mmmmmm – majster zgramolił się z prowizorycznego legowiska, przetarł oczy i zdębiał. Ratlerek stał przed nim z martwym szczurem w zębach i szaleńczo machał ogonkiem.
– Jezu. Sam to upolował? – dalej przecierał oczy majster, a w międzyczasie zbiegli się wszyscy.
– Nooo Pompon. Drapieżnik. – rechotał Mietek – może i co większego na grilla upoluje.
Mietek dużo się nie pomylił. Pomponik okazał się wielce skutecznym łowcą wszystkiego co żywe, nie licząc nogawek Jurka. Przynosił Zdzichowi szczury, myszy, a dwa razy przytaszczył nawet zająca. Poczuł zew natury i korzystał z krótkich tygodni wolności ile wlezie.
Trzy tygodnie szybko minęły i Pomponik ulubieniec wszystkich budowlańców musiał wracać do domu. Cała załoga zebrała się przy polonezie Zdzicha i na pożegnanie każdy wygłaskał i wyczochrał Pomponika. Zdzich zanim zamknął drzwi powiedział:
– Nie martwcie się chłopaki, coś wymyślę żeby od czasu do czasu go tu przywieźć, przecież on się zamęczy w bloku z moją starą. – Zamknął drzwi i odjechał. Spojrzał w bok na wytarmoszonego psa
-Maryśka cie nie pozna, a mnie ukatrupi. Mamy przechlapane.