Archive for the ‘MAJSTER ZDZICH’ Category


Z podziękowaniami dla Żony za pomysł.

NUKLEARNY URLOP MAJSTRA ZDZICHA

Majster Zdzich zaczynał właśnie dwutygodniowy urlop kiedy Japonię nawiedziło trzęsienie ziemi i awaria w elektrowni atomowej. Nie przejmował się tym za bardzo, ale Marysia i Ania nie odstępowały telewizora na krok. Oglądały wszystkie wiadomości i kanały informacyjne.
– Zdzisiu. A jak ta radioaktywna chmura tutaj przyjdzie – biadoliła żona – to co my wtedy zrobimy?
– Oj cicho Maryś. Japonia jest za daleko, nic tu nie przyjdzie – próbował ją uspokoić – zbieraj się, idziemy do Czesia na imieniny.
– Idź sam. Ja tu z Anią pooglądam wiadomości.
– No dobra – ucieszył się, przynajmniej nie będzie mu marudzić, że za dużo pije – to idę sam.
Tak się majster u Czesia narąbał, że przenocował u niego. Następnego dnia od rana zaczęli leczyć kaca i znowu popadali jak kawki. Impreza trwała dwa dni, a w międzyczasie radioaktywna chmura zmieniła kierunek i zmierzała w stronę Europy. Marysia wiedziała, że mąż tak szybko od szwagra nie wróci i nie robiła awantury. Właściwie było jej to na rękę, chmura się zbliżała więc mogła w spokoju przygotować się na apokalipsę.

Nie pamiętał jak i kiedy wrócił do domu. Obudziły go dziwne trzaski, tak jakby ktoś co chwilę łamał zapałkę koło jego ucha. Przetarł dłońmi nieogoloną twarz, otworzył oczy i odskoczył przerażony na drugi koniec łóżka. Zamknął oczy i otworzył je ponownie najszerzej jak tylko pozwalał mu na to kac, nie był pewien czy się na pewno obudził. U stóp łóżka stała jego żona ubrana w żółty płaszcz przeciwdeszczowy, czerwone gumowe rękawice po łokcie i zielone gumowce. Na twarzy miała warsztatowe okulary, a na głowie owinięty folią aluminiową kask budowlany. W dłoni trzymała dziwne „pykające” urządzenie którym omiatała stopy męża.
– Jezu, Maryśka! – krzyknął – chcesz żebym dostał zawału. Jak ty wyglądasz, i co to za pykające ustrojstwo tam trzymasz?
– Licznik Geigera.
– Licznik Geigera? – zbaraniał, pamiętał jeszcze ze szkoły, że to miernik promieniowania – skąd ty go w ogóle masz?
– Od mamy. Miała dwa. – Marysia zachowywała stoicki spokój
– Dwa? – wiedział, że teściowa jest ekscentryczką, ale nie podejrzewał jej o posiadanie dwóch liczników Geigera, tylko paranoicy trzymają w domu takie urządzenia.
– No dwa. Kupiła wczoraj w Tesco, były w promocji – Maryśka nie widziała nic niezwykłego w tej rozmowie – chodź stary, muszę cię wykąpać. Jesteś napromieniowany.
Majster już nic nie odpowiedział. Absurdalność sytuacji odebrała mu siły do wszelkiego oporu. Grzecznie pozwolił się wykąpać i wyszorować w wannie wypełnionej brązową mieszaniną jodyny, wszystkich dostępnych detergentów i środków odkażających. Wiedział, że to dopiero początek nieszczęść jakie go dzisiaj spotkają.

– Kochanie, gdzie jest telewizor? – rozglądał się po pokoju – zaraz Małysz skacze
– W piwnicy Misiu
– A lodówka? – zapytał z kuchni wpatrując się z opadniętą szczęką w puste miejsce po lodówce
– Też w piwnicy
– Piwo też?
– Też.
Schodząc do piwnicy po piwo nie był przygotowany na to co zobaczy. Piwnica przeistoczyła się osiedlowy sztab antykryzysowy pod dowództwem charyzmatycznej teściowej. Telewizor nadawał CNN. Teściowa i córka z słuchawkami na uszach za pomocą Skype utrzymywały stały kontakt z podobnymi piwnicami w mieście. Ściany i sufit lśniły oklejone folią aluminiową. W kątach piętrzyły się zapasy hermetycznie pakowanego pożywienia, napojów, kawy i wszystkiego co pozwoli im przetrwać przez rok w przypadku nuklearnej katastrofy. Żona która miała za zadanie monitorowanie poziomu skażenia biegała wokół domu z licznikiem Geigera i co pół godziny składała szczegółowy raport teściowej. Zaaferowana dostrzegła wreszcie zdezorientowanego męża, który przycupnął w kącie przy lodówce. Podeszła i podała mu do wypicia płyn Lugola.
– Łeeh, obrzydliwe – otrząsnął się – czy ty aby ciupkę nie przesadzasz?
Marysia uśmiechnęła się, pocałowała majstra w policzek, uśmiechnęła się zagadkowo i spojrzała w prawo. Podążył oczami za jej wzrokiem i dostrzegł wystające spod koca dobre dwadzieścia zgrzewek piwa. Pocałowała go w drugi policzek wkładając jednocześnie w dłoń pilota od telewizora. Uśmiechnęła się znowu i szepnęła Zdzichowi do ucha.
– Kocham cię Misiu. Dawno się tak dobrze nie bawiłam. Przeżyjemy – pocałowała go jeszcze raz, omiotła dla pewności pykającym licznikiem i wróciła do swoich obowiązków.

Pogodzony z losem uwalił się na stercie poduszek. Chłostany wrogimi spojrzeniami teściowej przełączył telewizor na skoki narciarskie i otworzył piwo. Zanim Małysz wygrał zdążył już osuszyć połowę zgrzewki i usnął. Czekał go najdziwniejszy urlop w życiu.

Reklamy

MAJSTER ZDZICH U GAJOWEGO PIETRUCHY


– Ja pierniczę, ale zimno, zaraz mi twarz odpadnie – Jurek naciągnął mocniej czapkę na uszy i schował nos w szalik – daleko jeszcze?
– Będzie dobry kilometr – odpowiedział Zdzichu rozważając czy założyć czapkę, czy udawać dalej twardziela.
Szli właśnie leśnym duktem do leśniczówki gajowego Pietruchy, który obiecał im po choince, wtedy Jurek coś zobaczył
– Panie majster – Jurek nie mógł jakoś się przemóc, żeby przejść ze Zdzichem na „ty” – tam chyba ktoś leży.
Podeszli bliżej, i faktycznie na środku ścieżki twarzą do śniegu leżał jakiś człowiek, nie było wątpliwości czy żyje czy nie, bo chrapał niemiłosiernie. Zdzichu nachylił się nad nim.
– Ale nawalony, capi wódą jak trzeba – stwierdził fachowo, odwrócił delikwenta na plecy i aż odskoczył – o w mordę, ale brzydki – przyjrzał mu się uważniej – musiał mieć niekiepski wypadek, nie dziwota że chleje wódę, też bym chlał, gdybym miał taką facjatę.
Pijak był nienaturalnie blady, miał groteskową twarz, jakby stracił uszy i nos w wypadku. Nie było wyjścia, nie mogli zostawić brzydala na mrozie, więc podnieśli go i zawlekli do leśniczówki.

– Gdzie go znaleźliście – gajowy Czesiu Pietrucha wyglądał na zaniepokojonego
– Leżał na ścieżce do leśniczówki – odpowiedział majster.
– Dobra, dawać go do wanny, bo się udusi – gajowy zdjął z nieznajomego płaszcz i buty
– Do wanny? – dziwił się Jurek
– Udusi? – Zdzichu kontynuował zdziwienie Jurka
– No, bo to wodnik jest, mieszka w stawie po drugiej stronie lasu – Czesiu odpowiadał jakby to była najnormalniejsza rzecz na świecie. – zobaczcie jakie ma giry. Przyjrzeli się uważniej i faktycznie, między paluchami u nóg brzydala były błony pławne, podobne miał na dłoniach. Pomogli gajowemu wrzucić pijanego wodnika do wanny i poszli do kuchni na kielicha.

– I to jest taki wodnik jak ten Szuwarek z bajki? – zapytał majster popijając gorącym barszczem kielicha – ehhh, ale grzeje.
– A tam Szuwarek. Ten mój to alkoholik – zasępił się gajowy Pietrucha – ale poczciwy, przychodzi do mnie na „Klan”. Nie może przychodzić codziennie więc muszę mu nagrywać wszystkie odcinki.
– Jaki facet ogląda Klan? – zdziwił się Zdzichu
– To nie facet. To wodnik. Dziwny jak cholera, ale dobrą moczarkówkę pędzi.
– Moczarkówkę? – ożywił się Jurek
– No. Bimber z moczarki, takiego wodorostu. Czekajcie, poleję wam – Czesiu wstał, sięgnął z szafki nad zlewem butelkę z zielonkawym płynem i wlał do kieliszków – spróbujcie. Gdy chwycili za kieliszki w drzwiach od łazienki pojawił się Wodnik.
– Dzień dobry – przywitał się gardłowym głosem – a kieliszek dla Wodnika?
– Ty moczymordo – uśmiechnął się gajowy – żadnej okazji nie przepuścisz. Chłopaki znaleźli cie na śniegu, wykitowałbyś tam.
– Dzięki chłopaki – spojrzał na nich swoimi rybimi oczami – dzięki. Tak było zimno, że się rozgrzewałem moczarkówką po drodze, no i mi się zdrzemło. Polewajcie.
Czesiu polał jednego, drugiego i następnego. Po trzeciej flaszce wszyscy siedzieli przed telewizorem i oglądali czwarty z rzędu odcinek Klanu. Jurek nawalony jak szpadel objął pijanego Wodnika
– Wporzo z ciebie gościu Wodnik, jakby ci tam jakiś szczupak bruździł w stawie to ja ze Zdzisiem damy mu po mordzie i się odczepi.
– Dzięki Juruś, dzięki – Wodnik wzruszony uściskał Jurka – A właśnie chłopaki, chcecie karpia na święta? Te żarłoczne łajzy wyżerają mi moczarkę i nie mam z czego bimbru pędzić.
– No pewno, że chcemy.
Dotrwali do dwunastego odcinka, Jurek już spał. Zdzichu z Czesiem zaprowadzili Wodnika do wanny, potem uwalili się w fotelach i usnęli.

Kiedy się obudzili Wodnika już nie było, gajowy właśnie parzył kawę
– I jak tam? Dobra ta moczarkówka co? W ogóle głowa po niej nie boli. – zaśmiał się Czesiu – chodźcie na kawę. Przed domem na śniegu leży sześć karpi, po dwa dla każdego. Obok leżą wasze choinki.
Napili się kawy i zjedli śniadanie. Gajowy poprosił, żeby nie wygadali się o wodniku i dał im po litrze moczarkówki. Wyszli przed leśniczówkę, spojrzeli na choinki, na flaszki i na karpie.
– Cholera, jak my się z tym wszystkim zabierzemy?


No i stało się! Naczelna postanowiła zagnać mnie do roboty i wysłała mi dzisiaj e-maila. „Zbliża się nieubłaganie ostatnie w tym roku wydanie świąteczne gazetki, czy mogę liczyć na świątecznego Zdzicha?:)”, co mniej więcej oznacza: „Weź się k…wa do roboty, i napisz coś, bo ci…”. Tu mogę jedynie snuć domysły co mi strasznego zrobi jak nie uwinę się w tydzień (na tyle się umówiliśmy). Tydzień to strasznie mało jak się nie ma pomysłu. Co jeszcze może Zdzicha spotkać? Zmagał się już biedak z politykami, archeologami, ratlerkiem, dżdżownicami, poradził sobie z Bolem z Taplar, był w Meksyku, chorował na świńską grypę, rozpędził obrońców k… Normalny budowlaniec nie ma nawet w jednej setnej tak barwnego życia co Zdzichu. Jeszcze kilka traumatycznych przygód i Zdzichowi pikawa wysiądzie.

Jeśli ktoś ma jakiś pomysł, co jeszcze może Zdzicha spotkać, to ja chętnie…. W razie czego podzielę się zaszczytami i chwałą.

Poprzednie odcinki

Majster Zdzich – odcinek polityczny

Majster Zdzich i wykopaliska

Zdzich, Koralgol i Pomponik

Majster Zdzich i wielka bitwa

Majster Zdzich – odcinek świateczny

Majster Zdzich & UNDERGROUND LOVE

Majster Zdzich na rybach

Majster Zdzich i obrońcy krateru


Opowiadanie o Majstrze Zdzichu powstało tylko w jednym celu. Powstało po to, abym mógł zaspokoić swoją próżność i zobaczyć swój tekst drukiem wydany. Kiedy tylko nadarzyła się okazja, wymyśliłem, napisałem pierwszy odcinek, wysłałem gdzie trzeba, poczekałem i? …… i wydali w gazetce firmowej. Jaki ja dumny byłem kiedy dostałem w końcu w swoje próżne grafomańskie łapy upragnioną gazetkę z pierwszym odcinkiem, co niektórzy pochwalili, popytali skąd takie pomysły w mojej durnej bańce się biorą. Do wieczora wpatrywałem się w moje literki na papierze i cieszyłem się jak głupi. Na dowód, że nie kituję przedstawiam poniżej marnej jakości fotkę strony z gazetki, z ostatnim odcinkiem przygód Zdzicha MAJSTER ZDZICH I OBROŃCY KRATERU nawiązującego luźno do afery z krzyżem.

Następny odcinek Majstra Zdzicha na dniach. No może miesiącach. Za rok?


Ostatni napisany odcinek. Na następny trzeba będzie trochę poczekać, aż wymóżdżę co jeszcze ciekawego może Zdzicha spotkać.

Odcinek zainspirowany absurdem, jakim przez ostatnie miesiące atakują nas media.

Majster Zdzich i Obrońcy Ktateru

Kilka miesięcy temu gminą Taplary wstrząsnęła wielka tragedia.
Meteoryt wyrżnął prosto w nowiutkiego Lexusa którym jechali miejscowy biznesmen i wójt gminy. Oficjalnie wybrali się na obchody święta Konstytucji 3 Maja, w rzeczywistości jednak biznesmen w podzięce za korzystnie rozstrzygnięty przetarg zafundował wójtowi tournee po warszawskich klubach toples. Ujechali niestety tylko kilka kilometrów gdy uderzył w nich meteoryt wyrywając w ziemi całkiem spory krater. Sensacyjna tragedia przez tydzień królowała w mediach. Podejrzewano zamach terrorystyczny, zemstę mafii, atak rosyjskiego satelity i inwazję Marsjan. Po tygodniu temat wyeksploatował się medialnie, sprawa ucichła a mieszkańcy Taplar wrócili do swoich zajęć.

Krater po wypadku leżał sobie zapomniany w ciszy porastając chwastami do czasu, gdy nowo wybrany wójt krótko po objęciu stanowiska na sesji rady gminy ogłosił, że krater leży na trasie budowanej właśnie obwodnicy. Wtedy rozpętało się piekło. Radni oburzyli się, że jak to? Że to niedopuszczalne. Przecież tam zginęli najlepsi mieszkańcy gminy, że to miejsce pamięci. Zażądali przeniesienia obwodnicy i wzniesienia pomnika. To był dopiero początek batalii o krater.

Na czele obrońców krateru stanęła bardzo energiczna i charyzmatyczna radna Eulalia Wiadro. Jako prezes Taplarskiej Ochotniczej Straży Pożarnej miała wielkie poważanie wśród mieszkańców. Do pani Eulalii dołączył miejscowy proboszcz, który płomiennym kazaniem porwał za sobą kilkunastu krewkich emerytów, którzy razem ze strażakami ochotnikami zorganizowali całodobowe warty przy kraterze.

Zdzich dreptał nerwowo między spychaczami i koparkami unieruchomionymi przez garstkę rozwrzeszczanych fanatyków. Zobaczył kierownika Janka, podszedł do niego i wycedził przez zęby
– No ja nie wytrzymam, wracam z urlopu a tu takie numery. Co to jest? Co to za ludzie.
– Widzisz ten dołek tam? – Janek wskazał krater palcem – oni uważają, że ten dołek jest prawie święty, powbijali dookoła krateru paliki i przykuli się do nich łańcuchami.
– Te babcie się przykuły? Po co?
– Meteoryt zabił tam ich wójta. Teraz żądają, aby postawić tam pomnik wójta a obwodnicę przesunąć. I co ja mam zrobić? Przecież nie rozjadę ich spychaczami.
– Meteoryt powiadasz? Hahaha – Zdzichu nie mógł powstrzymać się ze śmiechu – No nie mogę, meteoryt – nagle przestał się śmiać i zamyślił się na chwilę – no jeśli to meteoryt to mam pomysł.
Kiedy Zdzich podzielił się z Jankiem swoim pomysłem, ten spojrzał na niego z podziwem
– Zdzichu, jesteś genialny!
– No tak, tylko trudno będzie zdobyć taki sprzęt.
– Hmm. Wszystko da się załatwić, zaufaj mi. To potrwa z tydzień.

Po tygodniu otoczeni przez maszyny budowlane obrońcy krateru zaczęli się nudzić, emeryci grali sobie w karty, babcie szydełkowały a strażacy ochotnicy popijając gorzałkę polerowali swoje toporki i kaski. Nagle wszyscy zerwali się na równe nogi gdy w pobliże podjechały dwa autokary. Przeczuwali podstęp i mieli rację. Po jakimś czasie z autokarów zaczęli wysiadać ludzie ubrani w różnego rodzaju przeciwchemiczne i żaroodporne stroje uzbrojeni w wykrywacze metalu i inne urządzenia, których przeznaczenia sami nie znali, ważne żeby piszczały i błyskały diodami. Każdy miał na twarzy maskę przeciwgazową. Wyglądali naprawdę imponująco. Obrońcy krateru zdębieli i nie protestowali, gdy przybysze zaczęli omiatać krater i ich samych tymi dziwnymi brzęczącymi przyrządami. Mężczyzna wyglądający na dowódcę odchylił maskę przeciwgazową, uniósł megafon do ust i oznajmił
– Uwaga, uwaga! Pracownicy instytutu, którzy badali znaleziony tutaj fragment meteorytu zapadli na nieznaną chorobę. Mamy podstawy aby podejrzewać, że w kraterze nadal znajdują się szczątki meteorytu zawierającego nieznany wirus pochodzenia kosmicznego. Zagrożone są osoby które przebywały w pobliżu meteorytu powyżej 12 godzin. Pierwszymi objawami infekcji jest świąd skóry i wysypka. Wszystkie obecne tutaj osoby proszone są o niezwłoczne udanie się do przychodni w Taplarach gdzie zorganizowano punkt dezynfekcji. Dziękuję za uwagę. – Zdzich odłożył megafon i z trudem powstrzymując się od śmiechu szepnął do stojącego obok Janka – widzisz ich miny, chyba się udało.
Sugestia podziałała natychmiast. Pierwsza zaczęła się drapać pani Eulalia, po chwili wszyscy obrońcy poczuli dziwne swędzenie na całym ciele. Minęło pół godziny i przy kraterze nie było już żadnego obrońcy. Nowy wójt Taplar i miejscowy lekarz także brali udział w mistyfikacji. W przychodni zszokowani obrońcy krateru zostali poczęstowani lewatywą,wyszorowani wodą z mydłem, posypani talkiem i puszczeni do domu.
– Zasypujemy ten dołek!!! – Zdzich machnął ręką i maszyny ruszyły. Nikt nie zaprotestował.


Ten odcinek powstał po to, aby uratować Ludwika i Matyldę. Bohaterów poprzedniego odcinka.

Majster Zdzich na rybach.

Zdzich był zapalonym wędkarzem. Całą ścianę w jego garażu zajmowały atrybuty wędkarza. Zasuszone głowy szczupaków i sumów, zdjęcia z rybami, medale oraz wielkie logo koła wędkarskiego, którego był prezesem. Każdy wolny kąt zajmowały dziesiątki wędek, podbieraków, przynęt, kaloszy, kamizelek i innych przyrządów których przeznaczenia laik nie odgadnie.

Ku utrapieniu żony prawie co weekend przywoził do domu kilogramy ryb, których oczywiście nie zamierzał skrobać i oprawiać. Lodówka, zamrażarka i piwnica uginały się pod ciężarem ryb we wszelkich postaciach. Aby uporać się z nadmiarem efektów mężowskiej pasji Marysia obdarowywała rybami rodzinę, znajomych i sąsiadów, którzy też czasami mieli już dość ryb i obdarowywali nimi swoich znajomych.
Jedli właśnie obiad gdy Zdzichu znienacka wypalił:
– No dziewczyny zabieram was w długi weekend na ryby – Zdzich postanowił zarazić wędkarską pasją żonę, która sparaliżowana nagłym pomysłem męża upuściła w brzękiem widelec na talerz i córkę Anię, której szczęka opadła prawie na stół – wykupiłem domek nad jeziorem, w czwartek wyjeżdżamy.
Dojechali na miejsce późnym wieczorem, rozpakowali się trochę, zjedli szybką kolację i zmęczeni poszli spać. O czwartej rano krzątający się po domku Zdzich obudził pozostałych
– Tato, jest czwarta – wrzeszczała Ania ze swojego pokoju – miej litość, mamy wolne!
– Wstawaj wstawaj, rybki czekają – wesoło zawołał tata a Ania w geście rozpaczy zarzuciła kołdrę na głowę mając nadzieję, że będzie dane jej jeszcze pospać.
Gdy dotarli nad brzeg jeziora była piąta. Znaleźli piękne miejsce z parą pomostów blisko siebie. Zdzich jako profesjonalista zajął się przygotowaniem miejsca. Biegał, rozstawiał krzesełka, rozkładał wędki, szykował przynęty i wrzucał zanętę do wody uśmiechając się ukradkiem pod nosem, sobie przygotował najlepszą, najpewniejszą zanętę i wiedział, że dziewczyny brzydzą się robaków i będą łowić na przynęty roślinne, „pokażę im jak się łowi” myślał.
Zdzich zajął lewy pomost, Marysia i Ania razem ulokowały się na prawym i zaczęło się wielkie wędkowanie. Początki były obiecujące, złowił kilka niedużych leszczy i okonka podczas gdy dziewczyny motały się próbując zarzucić porządnie wędki. Jednak gdy tylko doszły do jako takiej wprawy sytuacja się odwróciła, Zdzichowi ryby przestały brać, a Marysia i Ania zaczęły wyciągać jedną po drugiej. Nie znały się na gatunkach więc zaczęły zadawać irytujące pytania.
– Tato co ta za ryba, taka zielona, oj ale ma śluzu?
– Lin córeczko.
– Zdzisiu, a taka płotka z czerwonymi płetwami?
– Krasnopiórka Marysiu, albo wzdręga.
I tak dalej i tak dalej. Dziewczyny łowiły jak szalone i zadawały dziesiątki pytań
– Tato. A jak spławik się położył to też mam zacinać?
– Możesz Aniu, możesz – radził coraz bardziej zrezygnowany Zdzichu patrząc na swoje nieruchome spławiki, a Ania idąc za radą ojca zacięła
– Oooo mam, och ale duża – powalczyła kilka minut i wyciągnęła prawie dwukilogramowego Leszcza.
Po chwili jeszcze większą rybę miała na koncie Marysia. To dobiło Zdzicha, amatorki łowiły duże ryby a on profesjonalista miał w siatce zaledwie kilka małych rybek, przygryzał wargę z wściekłości, jego reputacja wisiała na włosku.
– Łapcie, łapcie dziewczyny. Ojciec poluje na naprawdę dużą rybę, profesjonaliści nie zajmują się drobnicą – tłumaczył się pokrętnie, choć zazdrościł im jak diabli. „Co jest? Mam najlepszą zanętę, robaki, o co chodzi?” myślał zdesperowany. Zaczął zmieniać przynęty, kombinował z głębokością, zakładał najlepsze spławiki, haczyki, podsypywał zanęty i nic – spławiki ani drgnęły, podczas gdy siatki na pomoście obok zapełniały się w zatrważającym tempie.
Zbliżała się pora obiadu i trzeba było kończyć. Zdzich miał już serdecznie dosyć, na dodatek Ania w odwecie za wczesną pobudkę zaczęła pastwić się nad ojcem.
– I co Tata, ile masz ryb? Ja mam chyba ze trzydzieści. – z dziką satysfakcją smakowała swój triumf
– Eeee tam – samopoczucie Zdzicha sięgało dna, zaczął zwijać wędki.
– Zbierajcie się, trzeba iść na obiad.
Zwinął już cały sprzęt i kiedy wziął do ręki ostatnią wędkę spławik nagle zanurkował pod wodę. Zdzich zastygł w bezruchu obserwując tańczący pod wodą spławik i powoli podkręcał luźną żyłkę, odczekał chwilę i zaciął. Opór jaki poczuł nawet jego zaskoczył, na haczyku była ogromna ryba.
– Maryśka podbierak! Ania wyciągaj aparat!- krzyczał a adrenalina dodawała mu sił. Po dwudziestominutowej walce wyciągnął ośmiokilogramowego karpia, zasapany i szczęśliwy położył rybę na pomoście
– Mówiłem, że nie zajmuję się drobnicą – wysapał szczęśliwy nie odrywając wzroku od gigantycznego karpia.

W czasie walki z wielką rybą Zdzich trącił nogą słoik z robakami, który sturlał się z pomostu i spadł na brzeg, pokrywka odpadła i z wnętrza wypełzła ogromna rosówka a za nią mała zielona dżdżownica
– Zagęszczaj ruchy Ludwik, wiejemy – wrzeszczała Matylda – wiejemy.


Mój ulubiony odcinek. Jak powiedział kolega „Mało Zdzicha w tym nowym Zdzichu”.

Majster Zdzich & Undreground Love.

Ludwik jak zwykle beztrosko pomykał sobie tunelami i rozmyślał o sensie życia, gdy nagle nie wyhamował i wpadł do zakazanego tunelu. Ludwik był niedużą zielonkawą dżdżownicą o nieokiełznanym temperamencie. Znał wszystkie tunele i wszędzie miał kumpli. Jego największym przyjacielem był karłowaty kret wegetarianin Józio, który brzydził się robalami, a na korzonkach nie urósł za wielki. Ludwik pełzał właśnie do niego pogadać gdy pomylił tunele i niechcący zapędził się do czarnoziemu, co już było bardzo niebezpieczne, a na dodatek wpadł do tunelu Rosówek. Musiał szybko działać zanim zostanie pojmany i zapędzony do niewolniczej pracy w mrocznych tunelach torfowiska.
Rosówki zamieszkiwały czarnoziem i niepodzielnie panowały w podziemiu. Wprowadziły pod ziemią reżim jakiego nie powstydziliby się ludzie. Zastępy uzbrojonych w wielkie szczęki Turkuci Podjadków patrolowały królewskie tunele czarnoziemu siejąc strach i zwątpienie. Wszystkie pojmane robaki, pędraki i mniejsze dżdżownice usługiwały leniwym rosówkom albo trafiały do bezdennych i mrocznych kopalni torfu, który był przysmakiem Rosówek. Niewielu udało się stamtąd wrócić.
Ludwik znalazł się w sytuacji bez wyjścia, leżał na dnie zakazanego tunelu i nie mógł wgramolić się z powrotem. Wyskrobywał już na ścianie królewskiego tunelu testament, gdy nagle coś usłyszał. „To już po mnie” pomyślał i zastygł w oczekiwaniu na to co nastąpi, już prawie umarł z przerażenia gdy zza zakrętu wyłoniła się Ona. Nawet sobie nie wyobrażał, że takie piękności w ogóle istnieją. W tej samej chwili Ona zobaczyła Ludwika. To była miłość od pierwszego wejrzenia, nic do siebie nie powiedzieli, tylko wiedzeni szalonym uczuciem okręcili się wokół siebie w miłosnym uścisku. Po trzech godzinach namiętności padli obok siebie zasapani. Gdyby dżdżownice paliły teraz Ludwik leżałby z fajką w zębach, gdyby miał zęby oczywiście.
– Wszystkie rosówki takie namiętne? – zapytał nie mogąc złapać oddechu, a ona spojrzała spojrzała na niego z podziwem
– A wszystkie zieloniaki takie ruchliwe? – zadziornie odpowiedziała rosówka i przytuliła się do kochanka – Matylda jestem
– Ludwik jestem. – powoli odzyskiwał oddech – Wiesz, muszę zaraz stąd uciekać, zanim złapią mnie Turkucie. Podsadzisz mnie do mojego tunelu? – spanikował gdy usłyszał coś wgłębi tunelu, a Matylda zaszlochała
– Zabierz mnie ze sobą, proszę
– Do piachu? Przecież wy się tam nie zapuszczacie, gardzicie nami. – nie mógł się nadziwić Ludwik
– Ale ja muszę, ojciec chce mnie wydać za ministra obrony, za tego starego zaślinionego świntucha, a ja jestem jeszcze młoda, chcę poznać świat, odkrywać nowe tunele, chcę poznawać robaki i żyć pełnią życia. – znowu coś usłyszeli – Ludwik! Ja cię kocham! – szepnęła, a Ludwik aż się skręcił ze szczęścia, odgłosy się zbliżały
– Chodź kochanie wiejemy, twój minister chyba cię szuka, Turkucie idą.

Kret Józio nie mógł wyjść z podziwu
– Chyba się halucynogennej grzybni najadłem, królewska Rosówka w moich skromnych progach. Ludwik różne numery mi już wywijał, ale Rosówka?
– Oj Józek, dziewczyna chce świata poznać, chodź z nami na powierzchnię, potarzamy się w rosie, pożujemy grzybnię, będzie faza. No chodź.
– No dobra – Józio był uzależniony od grzybni i takiej okazji nigdy by nie przepuścił, Matyldzie aż kręgi zfioletowiały z podniecenia, nigdy nie była na powierzchni, czuła że dopiero teraz zaczyna się życie
– No to idziemy chłopaki – Matylda pognała przodem
– Ty. Jak ty ją zbajerowałeś – szepnął Józio
– Ja jej nie zbajerowałem, ja ją kocham – odszepnął obrażony Ludwik – idziemy.
Noc była piękna. Ludwik i Józio delektowali się świeżą halucynogenną grzybnią i wyluzowani obserwowali szaleństwa Matyldy. Matylda, która spędziła życie w ciasnych tunelach turlała się po rosie oszołomiona przestrzenią, wszystko było nowe i piękne, piękne było to coś czarne w kropki wysoko nad nią, piękne było to zielone po czym się turlała, była szczęśliwa. I nagle olbrzymie paluchy poderwały  ją do góry.

Zdzich i Jurek wybrali się nad ranem z latarkami na robaki, jako zapaleni wędkarze wiedzieli, że najlepsze robaki zbiera się na rosie przed świtem. W pewnej chwili Jurek dostrzegł Matyldę
– Ale rosówa – schylił się, podniósł ją i wrzucił do słoika – w sam raz na węgorza – uśmiechnął się po nosem
– Tą małą zieloną też weź, będzie na zanętę – zarządził Zdzichu – chyba już wystarczy, mamy pełen słoik, idziemy

Ukryty pod liściem Józio obserwował odchodzących ludzi
– No i zostałem sam – pomyślał – a mówiłem Ludwikowi że te baby go zgubią.


Napisane do świątecznego wydania gazetki firmowej.

Pisanie do gazetki ma jeden wielki minus. Tekst musi się zmieścić na jednej stronie. Trzeba się grubo nagimnastykować, żeby zamknąć w miarę sensowną historyjkę na jednej stronie A4. Przy pisaniu tego odcinka bardzo brakowało mi przestrzeni, oj bardzo.

Majster Zdzich – Odcinek świąteczny.

– Meksyku mi się cholera zachciało – myślał wściekły Zdzich patrząc na swoje lewe przedramię z którego wystawał wenflon połączony z kroplówką, na sąsiednich łóżkach spały otumanione lekami żona i córka.
Bożonarodzeniowa wycieczka był wspaniała. Przez dwa tygodnie zwiedzili najważniejsze miejsca w Meksyku, byli w Tuli i Chuoli – starożytnych miastach Tolteków, wspięli się na szczyty piramid słońca i księżyca, spacerowali legendarną „Avenida de los Muertos” – drogą umarłych w Teotihuacan, wspaniałej stolicy Azteków. Nurkowali na rafach koralowych w Morzu Karaibskim i żeglowali po Zatoce Meksykańskiej. W wolnych chwilach Zdzichu delektował się Tequilą i Mezcalem, a żona Marysia i córka Ania wylegiwały się na słońcu. Wigilię spędzili na pustyni w cieniu obwieszonego bombkami kaktusa. Nie mogli tylko dogadać się z mikołajem, który mówił po hiszpańsku, jedynie udający renifera osioł Pedro rozumiał podchmielonego mikołaja. Dwa tygodnie szybko zleciały i trzeba było wracać do Polski. Na Okęciu, gdy oczekiwali na bagaże jakiś nadgorliwy pracownik lotniska zauważył, że córka majstra ciąga nosem i pokasłuje, podszedł i dyskretnie poprosił wszystkich na stronę. W ambulatorium czekał już na nich lekarz dyżurny. Poinformował ich, że w związku podejrzeniem świńskiej grypy podlegają kwarantannie i że zostaną przewiezieni do szpitala MSWiA w Warszawie. I tak oto wczasy rodziny majstra Zdzicha przedłużyły się o nieplanowany pobyt w szpitalu.
W szpitalu przeżyli prawdziwą gehennę. Próbki krwi dały wynik pozytywny. Postawiono diagnozę – infekcja wirusowa, szczep wirusa A/H1N1. Byli pierwszym zdiagnozowanym przypadkiem świńskiej grypy w Polsce, co przyciągnęło media. Parkingi wokół szpitala zapełniły się wozami transmisyjnymi wyładowanymi po brzegi dziennikarzami, operatorami kamer, dźwiękowcami. Chociaż dziennikarze nie mieli wstępu do szpitala, to i tak chorzy nie mieli spokoju. Tabuny lekarzy, epidemiologów i studentów medycyny przewijały się przez ich salę zadając pytania i badając. Dziesiątki razy musieli pokazywać języki i gardła, od termometrów mieli obdarte pachy, a na stetoskop nie mogli już patrzeć. W chwilach wytchnienia przychodziły pielęgniarki i pobierały im krew, ręce mieli pokłute jak rasowi narkomani. Po dwóch tygodniach lekarze zebrali się na konsylium i orzekli, że dalsza hospitalizacja nie jest konieczna. Wyposażeni w karton antybiotyków mogli wreszcie wrócić do domu.
Do domu wrócili bladzi i wyczerpani, nie mieli na nic siły, choinka pożółkła i zgubiła igły, lodówka ziała pustką. Kiedy już postanowili, że wpadną w depresję poświąteczną, z odsieczą przybyła niezawodna teściowa Zdzicha – Halina. Podczas nieobecności domowników opiekowała się ich ratlerkiem Pomponikiem. Kiedy oszalały ze szczęścia Pomponik witał swojego pana i pozostałych, teściowa zataszczyła ogromną torbę do kuchni i zaczęła się tam krzątać. Najpierw zapachniało barszczem, potem łagodna woń pierogów z kapustą i grzybami obudziła drzemiącego Zdzicha, który natychmiast pojawił się w drzwiach kuchni.
– Ojejku Mamo, pierożki – mówił do teściowej mamo tylko wtedy, kiedy naprawdę czegoś od niej chciał, teraz pierwszy raz powiedział to naprawdę od serca. Marysia i Ania wiedzione wspaniałymi zapachami także przyszły do kuchni. Halina spojrzała na nich z politowaniem, i udając złość wydarła się
– O nie nie nie, nie ma podjadania przed kolacją. Wynocha do pokoju szykować zastawę.
Nie śmieli protestować, wiedzieli, że czeka ich uczta. Usiedli we troje na kanapie, i niczym psy Pawłowa przełykali ślinę na każdy nowy zapach, który dobiegał z kuchni. Jedynie Pomponik najedzony do granic możliwości zachowywał spokój i spokojnie leżał na kolanach swojego pana, nawet nie spojrzał kiedy Halina zaczęła przynosić na stół wigilijne potrawy: Karp, pierogi, gołąbki z grzybami, kutia, śledzie w oleju, barszcz z uszkami i inne specjały powoli zapełniały stół.
– Zapraszam na spóźnioną wigilię – powiedziała z uśmiechem teściowa niosąc świerkowy stroik i opłatki na talerzyku z sianem.
– Teściowa to prawdziwy skarb – Zdzichu był wniebowzięty, żołądek prawie przysechł mu do kręgosłupa.
– Ty mi tu zięciunio się tak nie przymilaj, lepiej napraw mi schody jak obiecałeś. – uśmiechnęła się.
– Oj mamo.
– Dobra dzieciaki siadamy do stołu.
– Nareszcie – prawie krzyknęła Ania – nareszcie w domu.
Usiedli do stołu, przełamali się opłatkiem, złożyli sobie życzenia i zaczęła się uczta. Pierwszy raz świętowali wigilię w styczniu. Kolacja była wspaniała i smakowała jak nigdy.
– Wiesz tato – powiedziała Ania przeżuwając karpia – babcia miała rację, że wycieczka do Meksyku w święta to zły pomysł.
– Wiem Aniu, wiem, babcia zawsze ma rację, Święta trzeba spędzać tradycyjnie w domu z rodziną.


Przy czwartym odcinku zaczęło brakować pomysłów i zapału. Wyszło jak wyszło.

Majster Zdzich i Wielka Bitwa.

Jurek był zakochany. Nie był może za bardzo rozgarnięty ale powodzenie u dziewczyn miał. W ostatnią sobotę razem z chłopakami z budowy poszedł się zabawić do dyskoteki „Heaven” w pobliskiej wsi Taplary. Zabawa była spokojna do czasu, gdy w lokalu pojawiła się miejscowa piękność Marysia. Gdy Jurek ją dostrzegł natychmiast zapałał do niej wielką miłością. Podszedł, poprosił do tańca i przetańczyli razem przytuleni prawie całą noc. Kłopoty zaczęły się gdy obudził się śpiący do tej pory na stoliku Władek o pseudonimie „Byku”, który podkochiwał się po cichu w pięknej Marysi. Dwumetrowy Byku o łapach jak bochenki chleba, gdy tylko pojął co się dzieje wstał, podszedł do tańczących, odepchnął delikatnie Marysię od Jurka i potężnym ciosem powalił biedaka. Rozpętało się totalne mordobicie z użyciem sztachet krzeseł i stolików. Dziewczyny piszczały, krew się lała, wargi puchły, mordy siniały a barman wezwał policję, która pojawiła się po piętnastu minutach kończąc bitwę. W ferworze walki nikt nie dostrzegł, że zakochani gdzieś zniknęli.
W Taplarach zawrzało. W wiosce nie było za wiele wolnych dziewczyn, nie mówiąc już o tych ładnych. Chłopaki z Taplar nie lubili, kiedy obcy podrywają ich dziewczyny, a zwłaszcza budowlańcy z autostrady, którzy od jakiegoś czasu panoszyli się po ich wiosce. Nie pierwszy raz doszło do bójki. Ale tym razem to nie była normalna bójka, tym razem chodziło o ich największy skarb – Marysię, a to oznaczało wojnę. Następnego ranka pod sklepem spożywczo-przemysłowym posiniaczony Byku niczym męczennik słusznej sprawy nawoływał do zemsty.
W niedzielę wieczorem budowlańcy siedzieli w holu hotelu, w którym byli zakwaterowani na czas budowy. Zdzich z lekką nostalgią patrzył na poobijanych kolegów, sam za młodu był niezłym zawadiaką i zatęskniło mu się za starymi czasami.
– To jak dowaliliście im? – zapytał
– Ciężko powiedzieć – wyseplenił Marian przez opuchniętą wargę – gliny przyjechały i nie wiadomo kto wygrał, ale było nieźle, morda nie szklanka.
Nagle do holu wpadła Marysia, była tak ładna że aż wszystkich oniemiało
– Gdzie jest Jurek? – zapytała nieśmiało
– W pokoju, zaraz go zawołamy, zaczekaj chwilę – odpowiedział Zdzich
– Musicie uciekać, chłopaki z Taplar tu jadą – zaszlochała, gdy na schodach zobaczyła Jurka – oni ciebie zabiją kochany, zabiją!
W tej chwili pod hotel zaczęły podjeżdżać samochody, z których zaczęły wysypywać się grupki nawalonych Taplarczyków, uzbrojeni w sztachety i przy dźwiękach „Jesteś Szalona” wydobywających się z samochodu Władka zaczęli wykrzykiwać „Oddajcie Marysię”, „Wyłazić tchórze”. Gdy w hotelu zapanowała panika, majster chwycił za swój telefon, usunął się w kąt i zaczął wydzwaniać. Po kilku minutach krzyknął.
– Spokój mi tu, musimy wytrzymać godzinę, zabarykadujcie drzwi i odsuńcie się od okien.
To była ciężka godzina. Najeźdźcy butelkami po piwie wybili okna i szyby w drzwiach, po czym przypuścili szturm. Rozwścieczony Byku wyważył drzwi i agresorzy wdarli się do środka wpadając prosto na zmasowany ogień z gaśnic śniegowych będących na wyposażeniu hotelu. Po przedarciu się przez pierwszą linię obrony zdezorientowani Taplarczycy napotkali kolejną niespodziankę, jeden po drugim wbiegali na rozlany na parkiecie olej i tracąc równowagę wpadali pod ciosy budowlańców. Zdzich niczym napoleon stał z boku i dowodził obroną, a Jurek i Marysia podnieceni niebezpieczeństwem zniknęli gdzieś na pietrze hotelu. Przewaga liczebna atakujących była znaczna, po jakimś czasie zdobyli przewagę i zaczęli wypierać obrońców na schody. Kiedy było z nimi naprawdę krucho nadeszła pomoc. Najpierw dźwięk kilkudziesięciu klaksonów i oślepiające światło wpadające przez rozbite okna obwieściły nadejście odsieczy, potem kilkudziesięciu mężczyzn wsypało się do holu. Bitwa dobiegła końca.
Widok był niesamowity. Przed hotelem wśród świateł samochodów, maszyn budowlanych i tłumu ludzi dwóch dowódców – Zdzichu i Byku omawiali warunki kapitulacji.
– Czyli rozumiemy się – z patosem w głosie przedstawiał swoje warunki majster – nie będziecie nam już więcej podskakiwać.
– No ma się rozumieć – z opuszczonym wzrokiem zgodził się Byku – ale Marysia…
– Marysia – przerwał mu Zdzich – jest wolna i jeśli chce przychodzić do Jurka, to niech sobie przychodzi, pewnie za kilka dni dni jej przejdzie. Rozumiemy się?
– Rozumiemy. – podali sobie ręce i negocjacje dobiegły końca.
Po całym zamieszaniu w drzwiach hotelu pojawili się Marysia i Jurek, rozczochrani dopinali ostatnie guziki.
– Przegapiliśmy coś?


Do napisania trzeciego odcinka zainspirowały mnie moje własne doświadczenia. Prawie cztery lata temu żona namówiła mnie na zakup psa marki „York”. Yorki kojarzyły mi się z wychuchanymi kulkami sierści noszonymi na rękach przez wystrojone babeczki z w ubrankach i kokardkach pod kolor torebki właścicielki. To nie była łatwa decyzja, obawiałem się o swoją reputację. Dałem się jednak namówić i nie żałuję, stałem się szczęśliwym posiadaczem Gucia.

O rozterkach i wewnętrznych zmaganiach poważnych posiadaczy małych piesków opowiada trzecia odsłona przygód Majstra Zdzicha.

ZDZICH, KORALGOL I POMPONIK.

Majster Zdzich ostatni raz tak się wstydził w drugiej klasie podstawówki. Szkoła zorganizowała wtedy z okazji dnia dziecka bal przebierańców. Chłopaki w klasie poprzebierali się za Zorro, Supermanów i innych bohaterów. A Zdzich? Mamusia uszyła mu osobiście kolorowy strój Misia Koralgola. Dwa miesiące bidulka się nad nim trudziła wieczorami po pracy i mały Zdzisio czy chciał czy nie musiał pójść w tym na bal. To był najgorszy dzień jego dzieciństwa, dzieciaki w szkole przez tydzień na jego widok pękali ze śmiechu, reputację Zdzisia w klasie szlag trafił, a przezwisko „Koralgol” przylgnęło do niego do końca technikum. Nigdy potem nie został już tak upokorzony. Do dziś.
Katastrofa miała początek w chwili, gdy żona majstra oświadczyła mu że wyjeżdża z mamą na trzy tygodnie do sanatorium i będzie się musiał zaopiekować jej ratlerkiem o koszmarnym imieniu Pomponik. Rozpaczliwe próby znalezienia opieki dla pieska spełzły na niczym i nie było wyjścia, musiał zabrać go na budowę. Kiedy majster zgodził się na błagania żony, żeby kupili ratlerka wiedział, że to się kiedyś na nim zemści. I oto nadszedł dzień zemsty.
Kiedy tak siedział bliski samobójstwa w swoim rozklekotanym Polonezie i patrzył na radośnie machającego patykowatym ogonkiem ratlerka, który przycupnął na siedzeniu pasażera, czuł się jak wtedy na dziecięcym balu przebrany za misia Koralgola. „Jak ja się pokażę z tym szczurem na budowie?” rozpaczał w myślach „Chłopaki zabiją mnie śmiechem a Pomponika poszczują kotami”. Zerknął smutno przez boczną szybę na swój wiadukt, wtedy Pomponik jakby zrozumiał dramatyczną sytuację swojego pana, szczeknął i polizał go w policzek. To otrzeźwiło Zdzicha. Wysiadł powoli z samochodu.
– No Pompon idziemy. Musimy stawić czoła przeznaczeniu. – powiedział hardo majster, a piesek szczeknął groźnie dwukrotnie na znak, że podejmuje wyzwanie i wyskoczył z samochodu.
Początki duetu Zdzich-Pomponik były trudne. Pojawienie się ich na budowie wywołało spazmatyczne ataki śmiechu u całej załogi i docinki w stylu „Majster, trzymaj tego dobermana bo nas pozagryza” lub „a męskich nie było?” Jedynie Jurek natychmiast zapałał szalonym uczuciem do Pomponika
– Oj jaki śliczny – zachwycił się Jurek – jak się wabi?
– Pomponik – powiedział cicho majster, a jego odpowiedź wywołała kolejny atak śmiechu, zdruzgotany Zdzich wśród tarzających się ze śmiechu zauważył nawet kierownika Janka, prawie go to dobiło. Zrezygnowany nie zareagował nawet, gdy Pomponik rzucił się z morderczą pasją na nogawkę zachwyconego Jurka.
– Choć Pompon – szepnął – idziemy.
Po kilku dniach budowlańcy przywykli do pałętającego się wszędzie kurduplowatego pieska, polubili go nawet, głaskali czasem i w tajemnicy przed odzyskującym swoją reputację majstrem dokarmiali go przy śniadaniu. Jurek nawet zbudował mu budę, a Pomponik regularnie atakował jego nogawki ku uciesze wszystkich.
– Panie majster, panie majster – krzyczał Jurek
– Czego? Nie widzisz, że śpię durniu – burknął spod kapoty wściekły Zdzich, nikt nie lubi być budzony.
– Szybko, zobaczy pan, szybko.
– Mmmmmm – majster zgramolił się z prowizorycznego legowiska, przetarł oczy i zdębiał. Ratlerek stał przed nim z martwym szczurem w zębach i szaleńczo machał ogonkiem.
– Jezu. Sam to upolował? – dalej przecierał oczy majster, a w międzyczasie zbiegli się wszyscy.
– Nooo Pompon. Drapieżnik. – rechotał Mietek – może i co większego na grilla upoluje.
Mietek dużo się nie pomylił. Pomponik okazał się wielce skutecznym łowcą wszystkiego co żywe, nie licząc nogawek Jurka. Przynosił Zdzichowi szczury, myszy, a dwa razy przytaszczył nawet zająca. Poczuł zew natury i korzystał z krótkich tygodni wolności ile wlezie.
Trzy tygodnie szybko minęły i Pomponik ulubieniec wszystkich budowlańców musiał wracać do domu. Cała załoga zebrała się przy polonezie Zdzicha i na pożegnanie każdy wygłaskał i wyczochrał Pomponika. Zdzich zanim zamknął drzwi powiedział:
– Nie martwcie się chłopaki, coś wymyślę żeby od czasu do czasu go tu przywieźć, przecież on się zamęczy w bloku z moją starą. – Zamknął drzwi i odjechał. Spojrzał w bok na wytarmoszonego psa
-Maryśka cie nie pozna, a mnie ukatrupi. Mamy przechlapane.