Archive for the ‘OPOWIADANIA’ Category


Podczas niedzielnego obiadu Angelina postanowiła poinformować męża o swoim nowym kaprysie.
– Bradzie Picie mężu ty mój. Mam kaprycho.
– Jakież to kaprycho cię naszło Angelino Jolio żono ty moja? – Brad odetchnął z ulgą, żona od tygodnia nie miała żadnego kaprycha i już zaczął się niepokoić, że na zdrowiu podupadła.
– Cyce mi się znudziły.
– No i co? – Brad spokojnie przeżuwał kotleta, tuning cyców w Holiłudzie to nic nowego
– I se je uchlastam.
– Ale po co od razu chlastać? – Brad zbladł i kotlet ugrzązł mu w gardle – nie można starych jakoś nareperować?
– Nic się nie martw mężu mój Bradzie Picie – uspokajała go Angelina – przyszyją mi nowe, fajowsze.
– Fajowsze? – Pit odetchnął z ulgą – A co ze starymi jest nie tak?
– No sam zobacz – Angelina wyciągnęła cyce z dekoltu i położyła na stole
– No faktycznie – Brad podrapał się po skroni – jakieś takie przydługie.
– Przydługie? – wściekła się Angelina – pępek mi zakrywają, jeszcze trochę o kolana zaczną mi się obijać.
– Aj tam, aj tam. Przynajmniej mam co miętolić – Brad nadal nie był przekonany do radykalnego pomysłu żony – co prawda jak cię chędożyłem przedwczoraj, to ci przycisnąłem lewego cycka kolanem do materaca, ale mówiłaś że nie boli.
– Nie powinieneś żartować Bradzie – Angelina zabrała cycki ze stołu i upchnęła je z powrotem w dekolcie – ja już przestałam jeździć rowerem, boję się że wypadną mi ze stanika i wkręcą się w łańcuch.
– No już dobrze, nie gniewaj się moja ty Angelino Jolio – podszedł do żony i uściskał ją czule – tylko niech ci szybko przyszyją nowe bo bez cycków to ty nawet w „Trudnych sprawach” roli nie dostaniesz.
– Bradzie Picie? – Angelina odwzajemniła uścisk
– Tak?
– Dlaczego my tak sobie przez cały dzień po nazwisku mówimy?
– No właśnie nie wiem, Chyba Juanita dodała nam coś do kotleta.
– Kocham cię Pierdzioszku
– Kocham cię… ee.. Deseczko?

Tydzień później w klinice chlastania cyców w Holiłudzie:

– Zostaniesz ze mną dzisiaj Pierdzoszku? To ostatnia noc ze starymi cycami.
– Oczywiście kochanie, tylko tak się zastanawiam…
– Taak?
– Co my powiemy dziennikarzom? Napiszą, że zwariowałaś i uchlastałaś se cyce dla kaprycha.
– No to co? Przecież dla kaprycha sobie je uchlastam.
– Nie no. Tak nie można. Zrujnujesz swój wizerunek, trza coś wykombinować żeby zrobić z tego wydarzenie i jeszcze na tym zarobić.
– Brad! – Angelina spojrzała na niego z podziwem – ty jesteś bardziej chciwy i zepsuty niż ja!
– No Ba! Przecież jestem gwiazdą! – Brad był z siebie dumny, miał wrodzony dar wyciskania kasy ze wszystkiego – Dobra, zrobimy tak. Wciśniemy dziennikarzom kit, że uchlastałaś sobie cyce bo musiałaś. Na przykład że… eee… ze względów zdrowotnych. Damy w łapę doktorowi, on wymyśli jakąś wiarygodną historyjkę.

Godzinę  później. Doktor wziął w łapę i wymyślił wiarygodną historyjkę:

– Ja pierniczę Brad! – Angelina wątpiła, czy to wszystko się uda – Nikt tego kitu nie łyknie. Kto uwierzy, że uchlastałam sobie zdrowe cyce, bo doktor znalazł u mnie jakiś felerny gen.
– Łykną. Co mają nie łyknąć. Zostaniesz męczennicą walki z rakiem, media zrobią z ciebie świętą, napiszesz książkę i zarobimy miliony.
– No i będę miała nowe fajowsze cyce – rozpromieniła się Angelina.
– To co teraz? – spojrzał na nią lubieżnie Brad – idziemy się pochędożyć? Ostatni raz pomiętolę stare cyce.
– Mmmm – Angelina przyciągnęła Brada do siebie i ugryzła go w ucho – tylko tym razem uważaj, nie nadepnij.


Napisane, odbębnione, wysłane. Szału nie ma. Lepiej nie czytajcie. 😦

Majster Zdzich kontra Komornik 

– Nie możesz wyjechać – opatulony w koc komornik Jan Sknera próbował powstrzymać swoją żonę przed wyjazdem do matki – kto mi będzie gotował obiadki?
– A na czym mam gotować? – żona komornika aż trzęsła się z wściekłości – Nie ma gazu, nie ma prądu. Nawet samochodu nie mam żeby pojechać po chleb. Albo do niego zadzwonisz, albo mieszkaj sobie sam w tej zimnicy! – trzasnęła drzwiami taksówki i Jan Sknera został sam.
– Przecież wiesz, że nie mogę zadzwonić! – krzyknął za odjeżdżającą taksówką – Nie mogę przegrać z jakimś budowlańcem. Jestem komornikiem! To ja mam władzę!

Wszystko zaczęło się od pomyłki urzędnika sądowego. Popełnił błąd w przepisywaniu danych dłużnika i wystawił nakaz eksmisji na niewłaściwy adres. Na adres majstra Zdzicha. Zdzich zareagował jak na majstra przystało, wywlókł komornika za fraki z podwórka i wrzucił do kałuży przed posesją. Komornik nie potrafił znieść takiej zniewagi i poprzysiągł sobie, że zniszczy Zdzicha. Kiedy majster został oskarżony o pobicie i znieważenie urzędnika państwowego na służbie, nie wytrzymał i zadzwonił do Sknery:
– Pan Zdzisław? – odebrał komornik z wyraźną satysfakcją w głosie – Mówiłem, że zadarł pan z niewłaściwym człowiekiem. Czy pan wie jakie ja mam znajomości?
– Słuchaj Sknera – Zdzich mówił spokojnie i powoli – mam głęboko w dupie kogo ty tam znasz. Chciałem tylko cię poinformować, że najpóźniej za miesiąc zadzwonisz do mnie z przeprosinami i wycofasz oskarżenie.

Sknera patrzył na słuchawkę jak zaczarowany. Żyła na czole pulsowała mu szaleńczo. Jeszcze nikt go tak nie obraził. Nikt! Oczami wyobraźni widział jak puszcza Zdzicha z torbami i osobiście licytuje jego dom za grosze. Telefon zadzwonił ponownie. Komornik chwycił słuchawkę i wrzasnął
– Słuchaj Gnido, zniszczę cię…
– Gnido? – kobiecy głos w słuchawce wrzasnął jeszcze głośniej, Sknera położył uszy po sobie – jak ty się odzywasz do żony?
– Przepraszam Rybciu – kajał się Sknera – czekałem na telefon od dłużnika
– Nie piernicz tylko przyjedź po mnie, zholowali mi samochód. Policjant znalazł jakieś luzy w kierownicy i zabrał dowód rejestracyjny.
W warsztacie Sknera dowiedział się, że naprawa będzie bardzo droga, a na części trzeba będzie poczekać miesiąc.
– Ale jak chce pan przyspieszyć to musi pan zadzwonić do wie pan kogo – zawołał mechanik za odjeżdżającym komornikiem.
To był dopiero początek nieszczęść Sknery. Dwa dni później komornik nie wypił porannej kawy bo gaz odcięli i zaspany prawie wjechał do wykopu jaki powstał przez noc przed jego bramą.
– I jak ja mam teraz wyjechać?
– Z gazem nie ma żartów panie – odpowiedział pracownik gazowni gasząc butem papierosa – dostaliśmy w nocy zgłoszenie, że gaz się ulatnia. Musimy wymienić kawał rury. Za miesiąc skończymy.
– To gazu też przez miesiąc nie będzie? Jest styczeń, mróz, a je bez gazu nie mam ogrzewania. I nie mam jak wyjechać na ulicę.
– Właściwie to tak – zadumał się gazownik – no chyba że…
– Taak? – nadstawił ucho Sknera
– No chyba, że zadzwoni pan do wie pan kogo.
Dopiero w taksówce Sknera zaczął podejrzewać od kogo może chodzić. Do kogo powinien zadzwonić, do tego jak mu tam? Zdzicha! Cały dzień w pracy nie mógł się skupić. Obdzwonił gazownię, warsztaty samochodowe i wszędzie usłyszał, że miesiąc. No chyba że zadzwoni do wie kogo.

Po trzech tygodniach Jan Sknera znienawidził słowo „miesiąc”, a na słowo „wie pan kogo” dostawał konwulsji. Do pracy dojeżdżał taksówką, żona wyjechała do matki, w domu nie miał gazu i ogrzewania a na dodatek odcięli mu prąd. W Enei dowiedział się od dyrektora, że naprawią za miesiąc, no chyba że zadzwoni do…
– Wiem kurwa kogo! Wiem. – trzasnął drzwiami i wyszedł zrezygnowany.
Te same słowa wykrzykiwał wychodząc z gabinetów Wójta, Komendanta Policji i Senatora. Ale Sknera nie zamierzał odpuścić. Korzystał już kilka razy z usług miejscowych gangsterów, którzy zmiękczali najbardziej opornych dłużników. Umówił spotkanie z szefem lokalnej mafii.
– Cześć Bolo – komornik jeszcze nigdy tak się nie cieszył na widok kryminalisty – jest robota.
– Uprzedzono mnie Sknera, że przyjdziesz – Bolo poprawił dres i podrapał się po tatuażu z czaszką na ogromnym karku.
– Jak to? Kto?
To nie wiesz, że jestem siostrzeńcem wiesz kogo? – Bolo uśmiechnął się złowieszczo i poklepał Sknerę po ramieniu – wiesz, gdzie masz zadzwonić. Zostały ci dwa dni.
Z komornika zeszło całe powietrze. Nigdy dotąd nie czuł się tak bezsilny.

Dwa dni później komornik obudził się w bojowym nastroju. Obiecał sobie, że się nie podda, że przetrzyma a potem załatwi tego budowlańca. Mróz puścił i wyszło słońce. Wyszedł przed dom i zobaczył geodetów za bramą.
– A co panowie tu mierzą?-
– Wytyczamy teren pod obwodnicę, wszystko tutaj będzie wyburzone – geodeta uśmiechnął się pod nosem – no chyba, że…
– Wiem! – poranny bojowy nastrój pękł jak bańka mydlana.
Sknera usiadł zrezygnowany na śniegu, wyciągnął z kieszeni telefon i wykręcił numer, który śnił mu się codziennie przez ostatnie dwa tygodnie:
– Pan Zdzisław?


Kolejny odcinek napisany przez Jurka zwanego Yerzem (nie mylić z Jeżem Jerzym).

[Jurek] – Na Wałach Chrobrego w Szczecinie trwał festiwal. Wszystkie technoistoty bawiły się świetnie. Król Wentylator spoglądał dobrodusznie na swoich poddanych i co chwila łaskawie pozdrawiał wiwatujących na Jego cześć. Zbliżał się wieczór, słońce chyliło się ku zachodowi. Król skinął śmigłem Mistrzowi Ceremonii. Zawyły syreny. Na arenę wtoczyła się gwardia przyboczna Wentylatora. Detektyw, który przez cały dzień był przywiązany do słupa na arenie, otworzył zmęczone oczy. „A więc to tak się skończy. Nareszcie”-pomyślał. Gwardia stanęła wokół Bogdana, a Król Wentylator zjechał dostojnie ze swego tronu.
„Wiem, że mnie rozumiesz”-zazgrzytał Wentylator.
Detektyw chciał wycedzić jakąś ciętą ripostę, jednak z wyschniętego gardła dobył się tylko cichy charkot.
„Nie odzywaj się marny robaku, tylko słuchaj. Jesteś jedyna i ostatnią przeszkodą dla mojej pełnej władzy nad miastem. Te wszystkie marne ludziki nazywające się Armią Ludzkości bez ciebie nie mają żadnych szans. Najpierw zniszczę ciebie a potem powoli będę zgniatał każdego człowieka, jednego po drugim, aż oczyszczę to miasto z waszego plugawego gatunku, a teraz szykuj się na śmierć”.
„Zabij, zabij” – skandowały maszyny.
Król zaczął chłostać kablem przykutego Bogdana. Po każdym razie maszyny radośnie wrzeszczały „Ole”, jednak dla Wentylatora to było za mało.
„Rozkuć go i dać mu broń” – rozkazał.
„Ależ Władco, to niebezpieczne” – zajęczał Mistrz Ceremonii.
„Milcz. Sam go zabiję. Jestem wielki, niepokonany i to udowodnię. Zniszczę ostatnią nadzieję w sercach ludzi”

Rozkuto Bogdana i rzucono mu pod nogi metrowy kij. Bogdan zaczął rozmasowywać obolałe nadgarstki. Wentylator niespiesznie zbliżał się, kręcąc młynka kablem. Nagle kabel wystrzelił niczym kobra, wymęczony Detektyw nie zdążył zareagować. Potężne uderzenie zbiło go z nóg. Król triumfował. Bogdan sięgnął po kij. Ciężko dysząc wsparł się o niego. Wentylator ponowił atak, jednak teraz człowiek był już gotowy i uchylił się. Maszyny zamilkły. Wentylator zaczął okładać Detektywa kablem, jednak człowiek cały czas cofał się i robił uniki. Bogdan wyczekał na dogodną chwilę i zaatakował. Kij uderzył Wentylatora w wyłącznik. Król zamarł. Detektyw uniósł kij w geście triumfu. „Tak, zobaczcie jestem pogromcą maszyn. Kto następny?” – wołał Bogdan chodząc wokół areny. Maszyny milczały.

„Dlaczego nikt mnie nie atakuje?” – pomyślał Detektyw. Coś jest nie tak. Zaczął przyglądać się gwardzistom. „Oni się śmieją. Czy nikt nie lubił Wentylatora i teraz wszyscy się cieszą, że tyran padł?”
„Uwolniłem was spod jarzma tyrana. Jesteście wolni. Możemy teraz wspólnie tworzyć przyszłość. Człowiek i maszyna, ramię w ramię” – zawołał Detektyw.
Maszyny zawyły radośnie.
„One mnie kochają” – mruknął pod nosem uradowany Bogdan. Już widział oczami wyobraźni, jak Szczecin dzięki wspólnej pracy maszyn i ludzi staje się światową metropolią, a może nawet stolicą świata.
Nagłe uderzenie zwaliło go z nóg. Powoli okręcił się na plecy. Nad nim stał Wentylator.
„Marny robaku, czy ty myślałeś, że wystarczy mnie wyłączyć i będzie po wszystkim. Będziesz musiał postarać się bardziej”
Detektyw zamachnął się kijem, jednak wzmocnione śmigła Wentylatora błyskawicznie pocięły drewniany patyk na drzazgi. Król, śmieją cię radośnie, zbliżał kręcące się coraz szybciej śmigła do szyi człowieka. Bogdan zamknął oczy, słyszał tylko narastający huk.
Nagle poczuł uderzenie. Potwornie mocne uderzenie, które porwało go. Czuł jak jego ciało jest motane w przestrzeni. Dopiero po chwili dotarło do niego, że jest w wodzie. Próbował chaotycznie wyrwać się na powierzchnię, jednak zmęczone ręce nie dawały rady. „Co za ironia losu. Uratowany spod gilotyny utonę” – pomyślał jeszcze i zapadł w ciemność.


Trochę naciągane. 🙂
 
Majster Zdzich i Shakira
 
– Nie kitujesz, że znasz ukryte przejście? – Jurek nie mógł uwierzyć, że na żywo obejrzy jak Polacy grają z Hiszpanami w półfinale Mistrzostw Europy.
– Kochany – majster spojrzał pewnie na Jurka – ja budowałem ten stadion. Architekt to stary pijak. Za klika litrów bimbru wprowadził małą poprawkę do projektu stadionu. Narysował oświetlony tunel i pomieszczenie pod lożą prasową. A teraz patrz na to.
Majster nacisnął i obrócił w prawo dwie cegły w murze, przy którym stali. Coś zgrzytnęło i płyty chodnikowe pod nogami Jurka rozsunęły się. Jurek ledwo uskoczył. Pod jego nogami ukazały się schody.
Jurek już zamierzał się zdziwić, kiedy za jego plecami czarna limuzyna z piskiem opon uderzyła w drzewo za jego plecami. Furgonetka która jechała za nią rozbiła się o tył limuzyny. Z limuzyny wyskoczyła drobna blondynka i z dzikim okrzykiem „Help!” ruszyła w stronę oszołomionych budowlańców. Nie wyhamowała i wepchnęła ich do dziury, którą przed chwilą otworzył majster. Sturlali się po schodach i wylądowali na betonowej posadzce. Wejście zatrzasnęło się.
Pierwszy ocknął się majster. Blondynka waliła drobnymi piąstkami w betonową płytę u szczytu schodów
– Help! Help!
– Ona chyba nie nasza – Jurek usiłował się podnieść i zauważył, że z torebki wystaje książeczka „Rozmówki angielsko-polskie”.
– Dawaj to – Zdzich przewertował książeczkę i krzyknął w stronę blondynki – Hej Lady. We are friends, Don’t Worry!
Blondynka ucichła. Przestała walić piąstkami w beton i powoli podeszła do Zdzicha. Wyjęła mu z dłoni rozmówki i zaczęła przeglądać.
– You are the terrorist? – rozmówki wędrowały z rąk do rąk.
– No, we are fans.
Jurek nie rozumiał za bardzo o czym gadają, więc zaczął się przyglądać blondynce. Im bardziej się przyglądał tym większe miał wrażenie, że skądś ją zna. I nagle go olśniło.
– Ty jesteś Shakira? – zapytał nieśmiało
– Yes! – Shakira zrozumiała bez tłumaczenia – my boyfriend Pique play match today.
– Aaaa – Jurek też zrozumiał – Piket, ten piłkarz, to twój facet.
 
Wejście się zatrzasnęło, nie dało się otworzyć więc ruszyli do pomieszczenia pod lożą prasową.
– O w mordę Zdzichu – Jurek z opadniętą szczęką biegał po pomieszczeniu wyposażonym w pełną piwa lodówkę i kanapę. Na stoliku piętrzyły się paczki z chipsami, orzeszkami i biało-czerwonymi szalikami.
– Wooow! – pisnęła Shakira – excellent!
Majster otworzył wielkie okno i po chwili zaczął się mecz. Widowisko było wspaniałe. Akcja za akcją. Strzały, słupki i parady bramkarzy. Shakira, Jurek i Zdzichu żarli chipsy i doili browary. Bariera językowa zniknęła, liczyły się emocje. Po golach Shakira rzucała się w objęcia Jurka. Do przerwy był remis dwa do dwóch.
– Jurek, show me where the toilet – Shakirę przycisnęło
– Co?
– Ona chce do kibla – wyjaśnił Zdzich
– Chodź mała, pokażę ci kibel – zniknęli za drzwiami.
Wrócili pod koniec drugiej połowy, rozczochrani niezgrabnie poprawiali ubrania.
– Jak tam mecz?
– Eeee. Kicha. Hiszpanie prowadzą cztery do dwóch – majster przyjrzał się Jurkowi. Micha cieszyła mu się jak nigdy – Coś mi się wydaje, że nie tylko Hiszpanie strzelali gole w drugiej połowie.
– Aj tam, aj tam – zarumienił się Jurek.
– Aj tam, aj tam – powtórzyła Shakira, chociaż nie rozumiała słów to wiedziała o czym rozmawiają.
 
Półfinał dobiegł końca. Polacy przerypali pięć do dwóch.
 
Policja wezwana przez paparazzi z furgonetki sforsowała w końcu tajemne wejście do tunelu, wtargnęła do pomieszczenia pod lożą prasową i powaliła brutalnie Zdzicha i Jurka na podłogę. Stado policjantów otoczyło Shakirę, zanim ją wyprowadzili zdążyła krzyknąć
– Jurek call me. I’ll be wating baby.

– I jak tam?- Donalders Lowelas spojrzał na nagą dziewczynę – żyjesz?
– Jeszcze pytasz? – dziewczyna nie mogła złapać oddechu – Jak ty to robisz, że się w ogóle nie męczysz. Normalnie jak maszyna.
– Nie uwierzyłabyś
– Ale obiecaj, że nie powiesz Dżonowi, on jest moim chłopakiem.
– Tego nie mogę obiecać – Lowelas pochylił się nad dziewczyną i ogłuszył ją precyzyjnym ciosem w kark.
 
Dżon miał dziwny sen. Śniło mu się, że dobiera się do swojej dziewczyny Zośki. Siedzieli w starym Polonezie, a Dżon siłował się z guzikami bluzki swojej dziewczyny. Pocił się i dyszał a te cholerne guziki nie chciały ustąpić.
– No pośpiesz się Dżon, za godzinę jest mój ulubiony serial „M jak mdłości”
– No już, już – Dżon wyjął zza siedzenia łyżkę do opon i zapierając się nogą o deskę rozdzielczą podważył guzik pod szyją Zosi. Po chwili guzik ustąpił i odsłonił jej dekolt, co tylko rozochociło Dżona. Wyrzucił łyżkę do opon przez okno, chwycił za bluzkę i rozerwał ją na strzępy.
– Dżooon! – Zosia spojrzała na niego z podziwem – nie poznaję cię
– Cicho mała – pocałował ją namiętnie – teraz będę cię miętolił – po czym jak powiedział tak zrobił i z zapałem rzucił się do miętolenia cycków Zośki. Miętolił, miętolił, aż nagle poczuł coś twardego pod palcami
– Zośka, a co to tu takie twarde?
– Sutek zwierzaku, sutek
– Nie sutek, tak bardziej z boku. Coś jakby zawias – przyjrzał się bliżej – cycki ci urosły od wczoraj?
– Nie chciałam ci mówić – zaszlochała Zosia – jestem robotem
Dżon odskoczył jak oparzony. W miejscu w którym przed chwilą miętolił Zosię siedziała Monica Bellucii.
 
– Dżon! Dżon! – Actarminatorka szarpnęła Dżonem aby go obudzić – potrzebujesz coś z zasobnika?
– Ja? – nie kojarzył jeszcze co się dzieje – Nie, chyna nic.
– To po co od pięciu minut majstrujesz przy moich zasobnikach? Może kawy chciałeś?
Dżon zawstydzony zabrał dłonie z piersi Actarminatorki 
– Nooo. Właściwie to napiłbym się kawy.
– Było mówić od razu. I tak byś ich nie otworzył. Mają elektryczne zamki – Actarminatorka otworzyła lewy zasobnik, wyjęła papierowy kubek, po czym nalała do niego kawy z prawego sutka.
– Z mlekiem?
– Nie nie – Dżon nie był przygotowany na mleko z cycka. Mimowolnie pomyślał o tym czy superserwer mógłby być matką – wolę czarną.
– Musisz się dobrze rozbudzić Janie Łopianie. Mamy kłopoty.
 
Actarminatorka włączyła radio. Lokalna stacja nadawała właśnie wiadomości dnia:
„Po ostatniej zagadkowej serii eksplozji muszli klozetowych nastąpiła kolejna tragedia, i to w sąsiednim multibudynku mieszkalnym. Na trzydziestym piętrze w mieszkaniu niejakiego Jana Ł. doszło do zbezczeszczenia nastolatki. Nieprzytomna ofiara została przewieziona do maxiszpitala imienia Kononowicza. Jej życiu nie zagraża niebezpieczeństwo. Według najnowszych informacji nastolatka jest już przytomna i odmawia zeznań. Według naszego informatora w maxiszpitalu po obudzeniu wyglądała na zadowoloną.”
– O ja pierdolę – Dżon był wstrząśnięty – Zośka
– Poczekaj – Actarminatorka podkręciła głośność – teraz najważniejsze
„Podajemy rysopis bezcześciciela nastolatek. Wysoki i szczupły szatyn podróżujący zielonym samochodem marki Polonez Caro. Ostatni raz widziany wczoraj w towarzystwie wysokiej brunetki. Zapewne porwał ją w celu zbezczeszczenia. Wszystko wskazuje na to, że mamy do czynienia z seryjnym bezcześcicielem. Obywatele! Los wysokiej brunetki jest w waszych rękach. Dorwijcie Jana Ł. i oddajcie go w ręce władz. Nie pozwolimy bezcześcić przyszłych matek naszych obywa….”
 
Actarminatorka wyłączyła radio
– To robota Donaldersów – superserwer przytulił wstrząśniętego Dżona do zasobnika – znajdą i wykorzystają przeciwko tobie wszystkich których znasz. Teraz już nie masz odwrotu. Zostałeś napietnowany jako bezcześciciel. Szukają ciebie wszyscy.
– Ja pierdolę – wtulił się w zasobniki Dżon
 
 
 

– Ja pierniczę, kto wymyślił mikrofon w kinolu – marudził do siebie Donalders Namierzacz wycierając gluty z mikrofonu, który wysunął mu się z lewego nozdrza.
– Co tam pielnicys? – odezwał się głos Donaldersa Przewodnika w słuchawce – Pocekaj Namiezacu, tylko wytlę gluta z miklofonu.
– Namierzyłem porzuconego Poloneza Jana Łopiana na poboczu, kierują się w stronę Krakowa – meldował namierzacz
– Dobla lobota namiezacu, pzestaw się na nasłuch Komendy Bojówki Państwowej. Musą się jakoś pzemiescać. – po wypadku z klopem przewodnik tak seplenił, że nawet cyborgi miały problem ze zrozumieniem swojego dowódcy – Moze ktoś zgłosił kladziez samochodu w okolicy.
– Przestawiam się na nasłuch. Bez odbioru. – mikrofon wsunął się z powrotem do nozdrza namierzacza.
 
Dżon czuł się nieswojo prowadząc ukradzionego mercedesa. Nie to żeby miał wyrzuty sumienia, czy wątpliwości natury moralnej. Po prostu po raz pierwszy prowadził samochód, w którym nic nie skrzypi i nie odpada. 
– Musiałaś pokazywać mu cycki? – Dżon złapał się na tym, że robi się zazdrosny o swoją towarzyszkę.
– Inaczej by się nie zatrzymał Dżonie.
– Ale nic mu nie będzie? Jak wyrzuciłaś tego faceta z samochodu, to przeleciał dobre dziesięć metrów.
– Ma tylko złamane żebro, do rana będzie nieprzytomny ale przeżyje – Actarminatorka popatrzyła na swoje ręce – muszę podregulować siłowniki ramion. 
 
– A dokąd my właściwie jedziemy?
– Do Szczecina – Actarminatorka poprawiła ładowarkę w gnieździe zapalniczki i aż zamruczała połechtana napięciem – tam poczekamy na przesyłkę od twojego ojca.
– Przesyłkę?
– Tak Janie Łopianie. Jedna ubikacja nie pozwala na przeniesienie w czasie furgonetki.
– Furgonetki?
– A ty co? Tylko powtarzać po mnie potrafisz? Tak furgonetki! – zirytował się superserwer – W Szczecinie jest opuszczone składowisko starych ubikacji typu Toi Toi. Żeby przesłać taki duży obiekt w czasie potrzebne jest sprzężenie kilkuset klozetowych zawirowań czasowych. To będzie największa implozja czasoprzestrzenna w historii ludzkości.
– Będzie niezły rozpiździaj, jak te setki klopów wybuchną – Dżon uruchomił wyobraźnię – będzie capić przez tydzień. A po co w ogóle nam ta furgonetka?
– Ten pancerny Lublin jest mobilnym centrum wykrywania zapomnianych serwerów. Centrum jest wspomagane najnowszym komputerem Unitra.
– Łał! Unitra!- Dżonowi szczęka opadła z zachwytu, każdy głupi wie że Unitra robi najlepsze komputery na świecie – miałem kiedyś Unitrę. To była maszyna. Kiedyś w szkole chciałem kumplowi przesłać bluetootchem gierkę, którą napisałem i niechcący uruchomił się stary serwer w piwnicy. Niezłe jaja były. Dostałem naganę i zabrali mi kompa. A ja przecież niechcący…
– I dlatego własnie tylko ty Janie Łopianie możesz uruchomić stare serwery i przywrócić ludziom internet. Twoja gierka odpaliła wyłączony serwer. Od czasu delegalizacji sieci nikomu poza tobą to się nie udało i dlatego musisz zrobić to jeszcze raz, na masową skalę. 
– O w mordę. Nie wiedziałem że taki ze mnie bystrzacha – uśmiechnął się pod nosem Dżon.
– I z czego się cieszysz gówniarzu – Actarminatorka trzepnęła Dżona w tył głowy – To poważna sprawa. Teraz już nie ryzykujesz szkolną naganą. Teraz ryzykujesz życiem Dżonie.
 
 
 

– Paltacze – wyseplenił Donalders Przewodnik patrząc na nowiutki kibel w mieszkaniu Jana Łopiana. Nie dość, że wydział historyków Instytutu Klozetowej Trajektorii Czasu dał ciała i skierował ich pod jego stary adres, to teraz jeszcze to! Nowy klozet oznaczał tylko jedno. Staremu Łopianowi udało się jednak wysłać swojego robota do przeszłości. Słyszał o Actarminatorce i na myśl o jej zasobnikach oblewał go zimny pot. Jaki arsenał mogła tam pomieścić? 
– Zbiez ekipę pod blokiem – zwrócił się do Donaldersa Zastępcy. Mamy problem.
 
– W dwuselegu zbiólka – wyseplenił Donalders Przewodnik do swojego oddziału. Podczas przejścia w czasie eksplodujący fragment kibla zmasakrował mu górną wargę i dziąsło. Pomimo zdolności regeneracji tkanek coś poszło nie tak. Doszło do zniekształcenia dziąsła. 
– Lóóóównaj w plawo! – fontanna śliny zalśniła w blasku latarni ulicznych. Mówił niczym Kaczor Donald z dawnych kreskówek. Gdyby jego drużyna była wyposażona w poczucie humoru, teraz wszyscy leżeliby za trawie tarzając się ze śmiechu. 
– Donaldels zwiadowca do mnie! 
– Tak jest przewodniku! – zwiadowca w mgnieniu oka zmaterializował się obok dowódcy
– Co wiemy? 
– Jan Łopian odjechał samochodem marki Polonez w nieznanym kierunku – zwiadowca przerwał na chwilę, żeby zetrzeć z twarzy ślinę dowódcy i odsunął się z obrzydzeniem na bezpieczną odległość – świadkowie mówią, że odjechał w towarzystwie kobiety.
– Wiedziałem – mruknął do siebie dowódca – wiedziałem. 
 
– Misja będzie tludniejsza, niż zakładali planiści Instytutu – zwrócił się do oddziału Donaldersów – Jana Łopiana ochłania Actalminatolka.
– Ta Actarminatorka? – zapytał blady ze strachu Donalders łącznościowiec – ta która zrównała z ziemią warszawską centralę Instytutu?
– Tak panowie – przyjrzał się swoim androidom, wszyscy trzęśli się ze strachu – to Ona.
– Ale ona ma te straszne zasobniki. Podobno w każdym zmieściłby się szpadel – odezwał się szeregowy Donalders. Po warszawskiej masakrze słowo Actarminatorka wzbudzało paniczny strach, nawet wśród robotów.
– Moldy w kubeł tchuze – Donalders Przewodnik szalał z wściekłości – dupy wołowe jesteście a nie loboty. – miotał śliną na wszystkie strony – Zaządzam pzegląd bloni. Obselwujemy i zakładamy podsłuchy. Monitolujemy sieć, pzesłuchujemy, telloryzujemy i moldujemy. Za godzinę chcę wiedzieć gdzie jest Jan Lopian. Do loboty!
– I jesce jedno. Zgubiłem ładowalkę – usiadł na trawie Donalders Przewodnik – niech no któryś mnie podładuje. Jeśli macie cienkie bolce to mam przejściówkę.
 

Odkąd Actarminatorka przestała biegać na golasa po mieszkaniu życie Dżona stało się łatwiejsze. Trochę tęsknił za widokiem zasobników ale cenił sobie spokój jaki zapanował po odzianiu superserwera w w dresy. Dżon zajął się montażem nowego klopa, a superserwer oglądał telewizję z przerwami na przegląd ekwipunku z zasobników. Dżona już nic nie dziwiło. Zaglądając co jakiś czas do pokoju widział jak Actarminatorka czyści karabiny, liczy amunicję, sprawdza sprzęt medyczny i inne przedmioty, których przeznaczenia nie próbował odgadnąć. Jednak kiedy wracając z kuchni z kawą zobaczył jak superserwer ostrzy szpadel, zdębiał.
– Na cholerę ci szpadel?
– Na okoliczność oblężenia Dżonie. Będziemy mogli się okopać – beznamiętnie odpowiedziała maszyna obleczona w ciało i cycki
– Eeee tam. Może jeszcze koparkę w pięcie kisisz? – zirytował się Dżon, po cholerę wlec do przeszłości szpadel?
– Nie – superserwer otworzył zasobnik łokciowy i z satysfakcją pokazał jakiś dokument – Ale mam to!
– A co to do cholery? Legitymacja androida?
– Uprawnienia na obsługę koparek.
– Masz ci los – mruknął pod nosem Dżon – ona ma szpadel i uprawnienia na koparki. Nic tylko ratować świat.
 
Dżon po całym dniu instalowania nowej ubikacji padł jak kawka. Nie dane mu było jednak długo pospać.
– Dżonie! – wydarła się actarminatorka – Chodź tu szybko, mamy kłopoty! 
Dżon nie zareagował więc zaniosła go razem z tapczanem przed telewizor i trzepnęła w potylicę.
– Obudź się idioto i oglądaj.
Oszołomiony Dżon skupił uwagę na ekranie. W Słusznych Wiadomościach Telewizji Narodowej trwała właśnie relacja na żywo z sąsiedniego osiedla. Znany redaktor Thomas Fox junior z przejęciem opowiadał o zagadkowej serii trzydziestu eksplozji ubikacji w multibudynku mieszkalnym.
– Kurcze – Dżon obudził się natychmiast – to mój multiblok. Jeszcze miesiąc temu tam mieszkałem.
– Wiedziałam – zmartwiła się Actarminatorka – Donaldersi nas namierzyli. Musimy uciekać. Natychmiast!
– Ale co? Jacy Donaldersi?
– Superserwery podobne do mnie. Namierzyły nas i zaraz tu będą!
 
Stary Polonez Dżona skrzeczał i krztusił się ale jakoś jechał. Dżon siedział za kierownicą w piżamie w Kubusie Puchatki. Patrząc na wyprzedzające go nowoczesne samochody po raz pierwszy żałował, że jest miłośnikiem zabytkowych samochodów. Nie miał czasu się spakować. Donaldersi byli blisko. Armia trzydziestu androidów deptała im po piętach.
– Dlaczego nazywają się Donaldersi?
– Na cześć dawnego premiera, który podpisał historyczne porozumienie ACTA. 

Kolejna odsłona przygód majstra Zdzicha. Napisana na zlecenie i na ostatnią chwilę. Bądźcie więc łaskawi w ocenach.

ZDZICH, DEMONSTRACJE I TANIEC Z GWIAZDAMI.

Mały posterunek policji na peryferiach stolicy nigdy dotąd nie był tak oblegany. Tabuny dziennikarzy w wozach transmisyjnych czekały pod posterunkiem na bohatera.
Dwumetrowy Zdzich z podbitym okiem i opuchniętą wargą wyglądał jak ranny King Kong pośród zgrai rozczochranych nastolatków, z którymi dzielił celę. Był dla nich bohaterem.
– Jest pan dla nas bohaterem panie Zdzisławie – powiedział niedoszły zięć do majstra – uratował pan demonstrację w obronie wolności słowa. Pobyt z panem w celi to zaszczyt dla nas wszystkich – pozostali aresztanci pokiwali poobijanymi i rozczochranymi głowami potwierdzając słowa niedoszłego zięcia.
– Zamknij się gówniarzu – uśmiechnął się przez obolałą wargę majster, był dumny z chłopaka Ani – to wszystko przez ciebie.

Dzień wcześniej majster oglądał Teleekspress. Kiedy zobaczył własną córkę w telewizji szlag go trafił. Przytulona do swojego chłopaka wrzeszczała coś i wymachiwała transparentem „Nie dla ACTA”.
– Maryśka! – wydarł się Zdzich – jak ma na imię chłopak Ani?
– Czego się drzesz – Maryśka wyszła zaniepokojona z kuchni – Krzysiek.
– Krzysiek powiadasz? – majster stał już w drzwiach i dopinał kurtkę – dobrze, że mi przypomniałaś bo właśnie jadę go zabić!

Demonstracja przeciwko porozumieniu ACTA trwała sobie w najlepsze do czasu, aż pseudokibice i bojówkarze różnej maści postanowili zrobić zadymę. Bandy łysych dresiarzy zaczęły wszczynać bójki z demonstrantami. Manifestacja przerodziła się w regularną wojnę między zadymiarzami, policją i przeciwnikami ACTA. Pośród chaosu majster Zdzich szukał swojej córki. Był wściekły, wiedział że ten kurduplowaty Krzysiek sprowadzi Anie na złą drogę. Brnął przez rozszalały tłum z myślą, że dopadnie gówniarza i sprawi mu lanie. Przeciskał się mozolnie przez tłum krzycząc „Ania, Ania”. Wreszcie w największym zamieszaniu, w epicentrum zadymy dostrzegł swoją córkę. Siedziała skulona na ziemi, a Krzysiek obejmował ją i osłaniał swoim mizernym ciałem przed rozszalałymi dresiarzami.
– Ania! – Wydarł się Zdzich. Mimo ogłuszającego jazgotu usłyszała ojca i ich spojrzenia spotkały się. Przerażenie w oczach córki dodało Zdzichowi nadludzkich sił. Ruszył przez tłum jak przecinak miotając na boki tymi, którzy stanęli mu na drodze. Kiedy dotarł do celu oprawcy zdążyli już dopaść Krzyśka. Chwycił córkę i przytulił jak nigdy dotąd
– Trzymaj się za moimi plecami – krzyknął i zabrał się za ratowanie zięcia, którego jeszcze przed chwilą chciał ukatrupić. Chwycił dwóch dresiarzy, którzy kopali chłopaka. Podniósł ich do góry, zderzył ich głowami i bezwładne ciała rzucił na boki. W tym czasie zięć wstał i kopem w krocze obezwładnił napastnika, który zamierzał zaatakować majstra kijem baseballowym. Majster już miał dokończyć dzieła z baseballistą, kiedy zięć powstrzymał jego rękę.
– Teść pozwoli – spojrzeli sobie w oczy, po czym zięciu szybkim ciosem powalił dryblasa.
– Noo! – Zdzich po raz pierwszy spojrzał z podziwem chłopaka Ani – Zabierz ja stąd, ja ich zatrzymam.
Dresiarze zorientowali się, że coś nie gra i rzucili się na Zdzicha. Walczył jak lew i rzucał nimi na lewo i prawo. Heroizm i brawura Zdzicha dodały demonstrantom odwagi. Zrozumieli nagle, że mają przywódcę. Ruszyli do boju i obsiedli napastników jak muchy zmuszając do odwrotu. Wtedy wkroczyła policja. Majster został aresztowany i wrzucony do radiowozu. W środku siedział Krzysiek z rozciętym łukiem brwiowym.
– Co ty tu robisz?
– Zostawiłem Anię w akademiku i wróciłem ratować teścia.

– Dlaczego los pokarał mnie mężem bohaterem? Kiedy te sępy dadzą nam spokój? – Marysia miała już dosyć wywiadów, dziennikarzy i polityków. Odwiedzili już wszystkie studia telewizyjne. Byli u premiera. Odwiedził ich prezydent. Mieli dosyć sławy. Marzyli o ciszy i spokoju.
– Aj cichaj Maryś – westchnął Zdzich – przynajmniej Ania dostała się do „Tańca z gwiazdami”.


– Strzelają! – Dżon ledwo uchylił się przed serią pocisków wychodząc z łazienki. Fioletowe guziki latały z niczym pociski po mieszkaniu. Lustro, które przetrwało eksplozję muszli klozetowej pękło i spadając urwało zlew. Spojrzał na superserwer z politowaniem. Niby same gigabajty a taka tępa. 
– Mówiłem, że moje koszule są na ciebie za małe – z niepokojem obserwował ostatni guzik swojej najlepszej fioletowej koszuli, trzeszczał pod naporem ściśniętych zasobników piersiowych Actarminatorki. 
– Przecież muszę się w coś ubrać – oznajmiła – tracę cenną energię przez nieosłoniętą skórę. 
Dżon nie był do końca przekonany, co do konieczności ubierania superserwera. Wiedział jednak, że i tak trzeba będzie wybrać się na zakupy.
– Idę na zakupy. Kupię ci jakieś ubrania.
– To kup mi ładowarkę do Nokii? Muszę się podładować, jakaś słaba jestem.
– To ty na ładowarkę od telefonu działasz? – już nic nie dziwiło Dżona – Może jeszcze baterię trzeba ci sformatować?
– Trzeba – superserwer nie wychwycił ironii w w pytaniu Dżona – przecież jestem nowa!
– Dobra idę – tracił cierpliwość Dżon – spróbuj naprawić zlew jak mnie nie będzie.
W chwili, kiedy zamykał drzwi, ostatni fioletowy guzik nie wytrzymał i wystrzelony wbił się w sufit. Dżon katem oka zobaczył jeszcze jak falują uwolnione zasobniki.
 
Nie lubił wychodzić z mieszkania. Po ostatniej ustawce budżetowej czternastu posłów nie przeżyło, a czterdziestu ośmiu trafiło na intensywną terapię. Zgodnie z nową konstytucją ogłoszono właśnie uliczną zbiórkę głosów. Zakapturzeni funkcjonariusze Bojówki Państwowej polowali na przechodniów i wymuszali na nich oddanie głosu na SPNP (Sprawiedliwą Partię Nowego Porządku). Można też było się natknąć na ukryte w bramach grupy zwolenników opozycyjnych Kiboli Wszechpolskich. Oni też zbierali głosy.
Dżonowi udało się jakoś przemknąć do jedynego w mieście sklepu. Gigamarket imienia pierwszego wodza ACTArewolucji Grzegorza Laty zajmował trzysta hektarów i miał własną wewnętrzną linię autobusową. Jak zwykle autobus linii odieżowej był zepsuty i Dżon musiałby zaiwaniać na pieszo. Całe szczęście przypomniał sobie, że musi kupić ładowarkę. Jakoś udało mu się wepchnąć do autobusu lini RTV  i po godzinie był już w galerii ładowarek. Kupił ładowarkę do Nokii i był zadowolony, że ma tylko kilometr do działu odzieżowego. Kupił trzy legalnie dopuszczone do sprzedaży standardowe zestawy kobiece w rozmiarze superserwera. Biały, czarny i szary. Stamtąd miał tylko jakieś pół kilometra do działu sportowego, gdzie kupił buty dla nowej lokatorki. Nie było sensu czekać na autobus linii obuwniczej. Do głównego wyjścia miał tylko pół godziny pieszo.
 
– Cały dzień ciebie nie było! – Actarminatorka wyglądała na niezadowoloną i wykonała teatralny gest padając na kanapę – Naprawiłam zlew i posklejałam wannę. Jestem taka słaba.
– Zakupy to niełatwa sprawa. Wymaga czasu.
– Ale ładowarkę do Nokii masz?
– No pewno – wręczył Actarminatorce nową błyszczącą ładowarkę – proszę.
– Nie! Nie! Nie! – krzyknął superserwer – Z cienkim bolcem? 
– Ale co? – wkurzył się Dżon – Nie mówiłaś jaka ma być.
– Z cienkim bolcem? – prawie szlochał superserwer – Miał być gruby! Superserwery potrzebują grubego bolca!
– Spoko – Dżon uniósł brew w geście triumfu – Kupiłem przejściówkę.