Archive for the ‘MAKRO’ Category


No to teraz mogę się pochwalić swoim ogrodem, w którym warzywa rosną trzy razy większe niż w innych ogrodach, trzy razy smaczniejsze i trzy razy bardziej soczyste. Wystarczy łypnąć okiem na zdjęcia, żeby zgłodnieć.

Część rekreacyjna.

Czekając na pranie.

 

 

 

 

Reklamy

Zdjęcie po pijaku robione, ale jakoś wyszło. Nie pytała, która godzina.

Jakaś mucha.

To był dobry weekend. Dostarczył dużo emocji, dużo żarcia i dużo zdjęć na bloga. Powyżej pierwsze. 🙂


Dawno temu, kiedy jeszcze rozczochranym dziecięciem byłem znajdowałem jakieś monety na podwórku i w ogrodzie. Zwykle były to jakieś pfennigi z początku XX wieku. Ale pfennig, wygrzebany przez rodziciela mego na podwórku to już naprawdę kawałek historii. Ponad dwieście lat brnął ku powierzchni aż nadział się na paznokcia mojego taty, który wodził paluchem po ziemi siedząc sobie beztrosko na taboretku. Moneta nie przedstawia większej wartości i nie jest w najlepszym stanie, ale rocznik 1796 rozbudza wyobraźnię. Kto ją zgubił? Przez ile rąk przeszła? A może to element większej całości ukrytej gdzieś głęboko? Kto wie. Teraz spoczywa gdzieś na dnie szuflady. Miałem nawet zamiar popełnić jakieś opowiadanie o losach mojej monety, ale Google niewiele mi pomogło w poszukiwaniu okoliczności historycznych mojego regionu z tamtych lat, a na grzebanie po bibliotekach i archiwach jestem zbyt leniwy.


Kiedyś Grzybowisko się uparło, żebym zapodał na bloga grzyby co to w środku zimy wyrosły. Teraz pochwaliłem się, że onegdaj pisklaki od śmiertelnego wkręcenia w tryby uratowałem i Grzybowisko znowu się uparło, że zdjęcie pisklaków owych musi zobaczyć.

A było to tak:

Bardzo dawno temu, czyli jakiś rok temu z hakiem stała sobie zepsuta maszyna. Stała tak sobie przez jesień, rdzewiała ochoczo całą zimę i kiedy już miała rozpaść się z nudów wiosną zapadła decyzja, że szybko, że na gwałt a nawet natychmiast trzeba ją naprawić. Przetransportowałem ją zatem na warsztat, aby z samego rana rozpocząć reanimację. Następnego dnia gdy zaziewany dotarłem do pracy doszły mnie słuchy, że warsztat popiskuje i ćwierka. „Kiego kurna?” sobie pomyślałem. Jakie ćwierka? Warsztat jeno zgrzytać, stukać i smarami paprać potrafi, jakie znowu ćwierka? Załoga cała jak jeden mąż małżowin nadstawiać poczęła i ćwierkania nasłuchiwać. Nic. Jednak gdy tylko rumor jaki masowemu nasłuchiwaniu towarzyszył ustał, gdy nastała cisza coś nieśmiało zapiszczało. Zaszurałem butem – cisza. Chwila ciszy – coś piszczy. Powolutku, po cichutku raz to prawym, raz to lewym uchem zlokalizowałem piszczałki. „Kiego kurna?” drugi raz tego dnia pomyślałem to samo. Kiego maszyna co to rozpaść się właśnie zamierzała ćwierka i popiskuje? Coś tam w środku chyba zamieszkało. Znowu zbiegła się cała załoga, że to na pewno ptaszki, albo myszki, albo inne żyjątka. Oglądać zaczęli którędy to te ptaszki, myszki czy inne tam wlazły. My szukamy, tam ćwierka, czas leci, kawa stygnie – no nic, trza demontować osłony. Zabraliśmy się zatem z zapałem do demontażu, ale i ostrożnie co by nie zmiażdżyć przypadkiem nieuniknionych żyjątek. Jedna blacha odkręcona – nic, druga blacha odkręcona – nic. Została ostatnia blacha, napięcie rosło. Ostatnia śrubka, delikatne uchylenie ostatniej blachy, i oto naszym oczom ukazało się gniazdo z kupą szarego puchu wielkości pięści.

Na początku ciężko było się pokapować, czy to jedno zwierze z pięcioma dziobami, czy pięć osobnych żyjątek. Kiedy doszliśmy do wniosku, ze to jednak pięć pisklaków w załodze obudziły się instynkty ojcowsko-macierzyńsko-głaszcząco-przytulające. Przeca one głodne, całą noc w warsztacie bez mamy. Może wychowamy? Ale co to to je? Ziarno? Robale? Liście? A może kanapkę z kiełbasą? Gulasz? Instynkty szybko przeszły, bo robota czekała i trza było coś szybko zaradzić. Co najgorsze, kawa ostygła. Ktoś zaobserwował, że w miejscu w którym stała maszyna jakieś szarobure ni to wróble ni to szpaki szaleją na próżno z dziobami pełnymi robali. Czas gonił, świeże robale się marnowały, ni to wróble ni to szpaki odchodziły od zmysłów, a pisklakom żołądki z głodu przysychały do kręgosłupów.

To był czas bohaterów. Szybkim mykiem wsunęliśmy tekturę pod gniazdo, w mgnieniu oka zorganizowaliśmy niczego sobie pudełko. Postawiliśmy niczego sobie pudełko denkiem do góry na tekturze z gniazdkiem, zostawiliśmy ino dziurkę, co by kot nie wlazł. Z najwyższą ostrożnością zanieśliśmy prowizoryczną budkę na półkę regału nad miejscem w którym stała zamierzająca się rozpaść maszyna. Nie minęło pół godziny i szarobure ni to wróble ni to szpaki odnalazły swoje latorośle i zaczęły śmigać  z robalami jak opętane.

Tak oto narodziła się nowa rasa superbohaterów: SUPERPTASZORY. (muszę sobie chyba kupić pelerynkę)

Dzisiaj kiedy widzę szaroburego ni to wróbla ni to szpaka zastanawiam się: A może to jeden z nich? Ale nie podfrunie łajza, nie podziękuje!



Swój swego zawsze dostrzeże. Ten kapsel jest jak Graforoman – stary, pordzewiały i zdrowo zakręcony.

Bo ten kapsel. To jest kapsel na miarę moich możliwości


Szlag mnie trafia, kiedy muszę kupować warzywa. Przez pół życia miałem do dyspozycji własny ogród i kiedy miałem ochotę na coś zielonego to po prostu szedłem i sobie rwałem. Teraz nadal mam do dyspozycji tenże ogród, tyle że jest cholernie daleko. Zaiwaniać sto kilometrów do mamusi po rzodkiewkę nie ma większego sensu. Szlag trafia, ale po wiejskim dzieciństwie stałem się roślinożerny i nie przeżyję długo bez kapusty, czy innych marchewek. Kupić trzeba – żeby zjeść. Rzeżucha na parapecie w kuchni to nie wszystko.

I tak oto szlagiem trafiony nabyłem wczoraj pierwszej świeżości rzodkiewkę, drugiej świeżości szczypior oraz śmietanę zdatną do spożycia. Od jakiegoś czasu chodziła mi po głowie i żołądku moja najulubieńsza rzodkiewka w śmietanie. Przepis jest prosty. Kroimy rzodkiewkę i szczypior, solimy, pieprzymy, mieszamy i odstawiamy na chwilę, żeby puściła soki. Po piętnastu minutach mieszamy ze śmietaną i gotowe. Do tego świeże bułki z własnej produkcji masłem czosnkowym, boczkiem i rzeżuchą.

Tak się ożarłem, że nie za bardzo potrafię się poruszać – a pies ciągnie na spacer. Nie ma serca – tak pana męczyć. Musi poczekać, nie dam rady.


Krótka relacja z niedzielnego wypadu do Lubczyny nad jeziorem Dąbie.

To, że grillowaliśmy, piliśmy piwo i graliśmy w koszykówkę nie jest ważne. Ważne, że ktoś kocha Bombałę!

Siła szalonego uczucia, którym nieznana niewiasta pałała do Bombały była tak wielka, że spowodowała ogromną wyrwę w sklepieniu nad Lubczyną.

A patyk? Patyk sobie leżał . . . . . . . . . . . . i nic nie mówił.

Koniec krótkiej relacji z niedzielnego wypadu do Lubczyny nad jeziorem Dąbie.


Wiosna to nie tylko kwiatki. Wiosna to także mniej lub bardziej upierdliwe robactwo. Jak tylko zrobi się cieplej zaczynają wyłazić cholera wie skąd. Tylko czekać aż komary, bąki czy inne osy zaczną dybać na nasze układy krwionośne. Robactwo dzieli się na niegroźne, upierdliwe i krwiopijców zwanych inaczej budowniczymi bąbli. Dzisiaj udało mi się zaatakować telefonem czerwonego insekta z grupy tych niegroźnych ze wzorkiem na grzbiecie, który przypomina maskę afrykańskiego szamana.

Nie był podobny do braci Mroczek czy innych Cichopków albo Ibiszów. Nie miał parcia na szkło i spierniczał skurkowany z kadru. Po pstryknięciu kilku zdjęć zorientowałem się, że mój pies i ludziska w parku przyglądają się z politowaniem jak zaiwaniam zygzakiem z telefonem przy glebie.

Następnego dnia:

Wymóżdżyłem dzisiaj pomysła na kolejną serię wpisów na blogu pod tytułem ZGREDOWSKI PODRĘCZNIK PRZETRWANIA WOODSTOKOWICZA. Pierwsza lekcja już wkrótce, może jutro.


A się pochwalę. A co? 28 czerwca 2004 roku legendarna grupa Deep Purple zagrała koncert w Szczecinie. W mieście, które wielka muzyka omija szerokim łukiem taki koncert był epokowym wydarzeniem.

Koncert był wspaniały, zagrali wszystkie największe klasyki oprócz Child in time, niestety głos Iana Gillana już na to nie pozwala. W pewnym momencie zapatrzony na to co wyprawia z gitarą Steve Morse kątem oka zarejestrowałem jakieś dziwne zamieszanie obok mnie. Kiedy spojrzałem w tamtą stronę coś mnie zaatakowało, coś jakby ćma. Odruchowo złapałem gadzinę i kiedy otworzyłem dłoń, żeby zobaczyć co to za wredny insekt przeszkadza mi w delektowaniu się muzyką szczęka mi opadła i oparła się o grzdyla ze zdziwienia. W dłoni trzymałem prawdziwy skarb. Trzymałem oto w swojej prawicy listek, którym jeszcze przed chwilą uderzał w struny basista Roger Glover. Listek z logo DP i z autografem muzyka. Wielu fanów dałoby się zabić za taką pamiątkę, a ja co? A ja podarowałem listek przyjacielowi, wielkiemu fanowi DP, który stał obok. Miras dobrze się nim zaopiekuje.  Przynajmniej listek trafił w dobre ręce. Czasem wypożyczam ten skarb, żeby się pochwalić znajomym. Znając swoje roztargnienie pewnie bym go zgubił albo zepsuł.

Oto On. Na dolnym zdjęciu można się nawet dopatrzyć śladów po strunach.

Teraz trochę dźwięków. Smoke on the water – najbardziej znany motyw gitarowy we wszechświecie.

Na Child in time Gillanowi gardła zabrakło. Na starość już nie wyciąga takich dźwięków.

I na koniec Perfect Strangers – ostatni z Wielkich utworów Deep Purple.


Z wszystkich Przystanków Woodstock przywozimy tysiące zdjęć. Ostatnim razem udało się sfotografować kilka piesków. Żal było patrzeć jak się męczą wśród setek tysięcy ludzi bez wody. Za to piwa miały pod dostatkiem.