Majster Zdzich. Odcinek świąteczny.

Posted: 7 września 2010 in MAJSTER ZDZICH
Tagi: , ,

Napisane do świątecznego wydania gazetki firmowej.

Pisanie do gazetki ma jeden wielki minus. Tekst musi się zmieścić na jednej stronie. Trzeba się grubo nagimnastykować, żeby zamknąć w miarę sensowną historyjkę na jednej stronie A4. Przy pisaniu tego odcinka bardzo brakowało mi przestrzeni, oj bardzo.

Majster Zdzich – Odcinek świąteczny.

– Meksyku mi się cholera zachciało – myślał wściekły Zdzich patrząc na swoje lewe przedramię z którego wystawał wenflon połączony z kroplówką, na sąsiednich łóżkach spały otumanione lekami żona i córka.
Bożonarodzeniowa wycieczka był wspaniała. Przez dwa tygodnie zwiedzili najważniejsze miejsca w Meksyku, byli w Tuli i Chuoli – starożytnych miastach Tolteków, wspięli się na szczyty piramid słońca i księżyca, spacerowali legendarną „Avenida de los Muertos” – drogą umarłych w Teotihuacan, wspaniałej stolicy Azteków. Nurkowali na rafach koralowych w Morzu Karaibskim i żeglowali po Zatoce Meksykańskiej. W wolnych chwilach Zdzichu delektował się Tequilą i Mezcalem, a żona Marysia i córka Ania wylegiwały się na słońcu. Wigilię spędzili na pustyni w cieniu obwieszonego bombkami kaktusa. Nie mogli tylko dogadać się z mikołajem, który mówił po hiszpańsku, jedynie udający renifera osioł Pedro rozumiał podchmielonego mikołaja. Dwa tygodnie szybko zleciały i trzeba było wracać do Polski. Na Okęciu, gdy oczekiwali na bagaże jakiś nadgorliwy pracownik lotniska zauważył, że córka majstra ciąga nosem i pokasłuje, podszedł i dyskretnie poprosił wszystkich na stronę. W ambulatorium czekał już na nich lekarz dyżurny. Poinformował ich, że w związku podejrzeniem świńskiej grypy podlegają kwarantannie i że zostaną przewiezieni do szpitala MSWiA w Warszawie. I tak oto wczasy rodziny majstra Zdzicha przedłużyły się o nieplanowany pobyt w szpitalu.
W szpitalu przeżyli prawdziwą gehennę. Próbki krwi dały wynik pozytywny. Postawiono diagnozę – infekcja wirusowa, szczep wirusa A/H1N1. Byli pierwszym zdiagnozowanym przypadkiem świńskiej grypy w Polsce, co przyciągnęło media. Parkingi wokół szpitala zapełniły się wozami transmisyjnymi wyładowanymi po brzegi dziennikarzami, operatorami kamer, dźwiękowcami. Chociaż dziennikarze nie mieli wstępu do szpitala, to i tak chorzy nie mieli spokoju. Tabuny lekarzy, epidemiologów i studentów medycyny przewijały się przez ich salę zadając pytania i badając. Dziesiątki razy musieli pokazywać języki i gardła, od termometrów mieli obdarte pachy, a na stetoskop nie mogli już patrzeć. W chwilach wytchnienia przychodziły pielęgniarki i pobierały im krew, ręce mieli pokłute jak rasowi narkomani. Po dwóch tygodniach lekarze zebrali się na konsylium i orzekli, że dalsza hospitalizacja nie jest konieczna. Wyposażeni w karton antybiotyków mogli wreszcie wrócić do domu.
Do domu wrócili bladzi i wyczerpani, nie mieli na nic siły, choinka pożółkła i zgubiła igły, lodówka ziała pustką. Kiedy już postanowili, że wpadną w depresję poświąteczną, z odsieczą przybyła niezawodna teściowa Zdzicha – Halina. Podczas nieobecności domowników opiekowała się ich ratlerkiem Pomponikiem. Kiedy oszalały ze szczęścia Pomponik witał swojego pana i pozostałych, teściowa zataszczyła ogromną torbę do kuchni i zaczęła się tam krzątać. Najpierw zapachniało barszczem, potem łagodna woń pierogów z kapustą i grzybami obudziła drzemiącego Zdzicha, który natychmiast pojawił się w drzwiach kuchni.
– Ojejku Mamo, pierożki – mówił do teściowej mamo tylko wtedy, kiedy naprawdę czegoś od niej chciał, teraz pierwszy raz powiedział to naprawdę od serca. Marysia i Ania wiedzione wspaniałymi zapachami także przyszły do kuchni. Halina spojrzała na nich z politowaniem, i udając złość wydarła się
– O nie nie nie, nie ma podjadania przed kolacją. Wynocha do pokoju szykować zastawę.
Nie śmieli protestować, wiedzieli, że czeka ich uczta. Usiedli we troje na kanapie, i niczym psy Pawłowa przełykali ślinę na każdy nowy zapach, który dobiegał z kuchni. Jedynie Pomponik najedzony do granic możliwości zachowywał spokój i spokojnie leżał na kolanach swojego pana, nawet nie spojrzał kiedy Halina zaczęła przynosić na stół wigilijne potrawy: Karp, pierogi, gołąbki z grzybami, kutia, śledzie w oleju, barszcz z uszkami i inne specjały powoli zapełniały stół.
– Zapraszam na spóźnioną wigilię – powiedziała z uśmiechem teściowa niosąc świerkowy stroik i opłatki na talerzyku z sianem.
– Teściowa to prawdziwy skarb – Zdzichu był wniebowzięty, żołądek prawie przysechł mu do kręgosłupa.
– Ty mi tu zięciunio się tak nie przymilaj, lepiej napraw mi schody jak obiecałeś. – uśmiechnęła się.
– Oj mamo.
– Dobra dzieciaki siadamy do stołu.
– Nareszcie – prawie krzyknęła Ania – nareszcie w domu.
Usiedli do stołu, przełamali się opłatkiem, złożyli sobie życzenia i zaczęła się uczta. Pierwszy raz świętowali wigilię w styczniu. Kolacja była wspaniała i smakowała jak nigdy.
– Wiesz tato – powiedziała Ania przeżuwając karpia – babcia miała rację, że wycieczka do Meksyku w święta to zły pomysł.
– Wiem Aniu, wiem, babcia zawsze ma rację, Święta trzeba spędzać tradycyjnie w domu z rodziną.

Advertisements
Komentarze
  1. Elka pisze:

    Świetny odcinek -wzruszyłam się.
    Czekam na święta z utęsknieniem.
    Powodzenia i wytrwałości!

  2. […] MAJSTER ZDZICH – ODCINEK ŚWIĄTECZNY Święta 2009. Meksyk, świńska grypa, szpital i powrót do domu. […]

  3. zabczykwazji pisze:

    udający renifera osioł Pedro podbił moje serce ❤

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s