O tym jak powstała opowieść o Zdzichu.

Posted: 2 września 2010 in MAJSTER ZDZICH
Tagi: , , ,

Każdy kto lubi pisać (albo w moim przypadku, nie za bardzo potrafi ale lubi), chciałby zobaczyć swoje słowa drukiem wydane.  Pewnego dnia nadarzyła się okazja. Firma w której pracuje wydaje co dwa miesiące gazetkę dla pracowników. Typowa firmowa gazetka stworzona po to aby utwierdzać pracowników w przekonaniu, że jest lepiej niż jest, i że firma jest najfajowsza na świecie. Na początku ubiegłego roku przeczytałem e-maila, że pracownicy mogą napisać coś o sobie do gazetki. Zaproponowałem wtedy, że chętnie zamieszczę opowiadanie. Zgodzili się i tak powstał pierwszy odcinek o typowym budowlańcu pod tytułem „Majster Zdzich odcinek polityczny”. O jaki ja dumny z siebie byłem, jak zobaczyłem swoje słowa wydrukowane na papierze, nawet zdjęcie moje zamieścili. Z niepokojem podglądałem współpracowników jak czytają gazetkę. Przeczytali i nic, coś tam przebąkneli, że fajne i tyle. Moje przekonanie o tym, że wybitny pisarz jestem szlag trafił i wróciłem na ziemię. Do dziś piszę opowiadania o Zdzichu do gazetki, ale już bez entuzjazmu. Ciężko jest pisać na zamówienie, ile do cholery można wymyślać przygód dla budowlańca. Z każdym kolejnym odcinkiem pomysłów i weny ubywa. Ale jakoś to leci.

Oceńcie sami Wy, którzy poświęcicie tu minutkę. Oto odcinek pierwszy:

Odcinek 1. MAJSTER ZDZICH – ODCINEK POLITYCZNY

Zdzich otworzył lewe oko. To że je otworzył wcale nie znaczyło, że się obudził. Nadal drzemał sobie w najlepsze, tyle że z otwartym okiem.
Na budowie drugorzędnego wiaduktu nad autostradą gdzieś z dala od cywilizacji panował senny spokój. Nie działo się nic. Tylko kilku ludzi udawało, że pracują. Kilkudniowe ulewne deszcze skutecznie odcięły wszelkie dostawy materiałów a ciężki sprzęt utknął w bazie. Jedynie Jeep kierownika jako tako radził sobie z dojazdem na budowę. Dzisiaj w końcu było sucho i słoneczko miło łechtało ogorzałe lico Zdzicha, który z braku lepszych zajęć po porostu się zdrzemnął na plandece przykryty kilkoma kufajkami. Był w końcu majstrem o niepodważalnym autorytecie, nawet kierownik odcinka pan Janek dwa razy się zastanowi zanim podniesie na niego głos. Zdzicha znał każdy, a jak nie znał to na pewno o nim słyszał.
Okazało się, że lewe oko nie otworzyło się bez przyczyny. Coś się działo. Kiedy otworzyło się prawe oko rozpoczął się mozolny proces budzenia. Gdy język z głośnym plaśnięciem odkleił się od podniebienia Zdzich drgnął. Leżał tak patrząc w niebo i prawie z rozbawieniem obserwował opadający w jego stronę śmigłowiec. Tak sobie leżał i pomyślał że tak jakoś śmiesznie ten śmigłowiec leci, tak zygzakiem, tak dookoła, naprawdę dziwnie. Kiedy uszy usłyszały dźwięk wirnika maszyny w mózgu majstra coś zatrybiło. Kufajki przykrywające go nagle pofrunęły do góry i w ułamku sekundy Zdzichu stał pięć metrów od miejsca w którym spał.
– Jeeeezu helikopter – wydarł się wycierając brudnymi paluchami śpiochy w oczach,
– No, i chyba spada tutaj – opanowany głos dźwigowego Gienka natychmiast ugasił atak paniki, którą Zdzich zamierzał zaraz eksplodować.
– Jaja sobie robi? Rypnie w filar – stwierdził majster
– Eeeee, nie rypnie – ocenił fachowym okiem Gienek.
Gienek miał rację, śmigłowiec nie rypnął w filar. Pilot nie stracił całkowicie kontroli nad maszyną, lawirował nią kręcąc się wokół własnej osi i z hukiem wyrżnął dziobem w nasyp tuż przy filarze. Łopaty wirnika eksplodowały na strzępy przy uderzeniu o nasyp i z ogromną prędkością poleciały w różne strony. Jedna przecięła na pół plastikową toaletę Toi-Toi, druga przeleciała pod rusztowaniem i wbiła się w kontener kierownika, z którego natychmiast jak oparzony wyskoczył pan Janek
– Zdziiiiich, co tu się kur…. – pan Janek zamarł w komicznej pozycji, wykonał prawie jaskółkę i tak na jednej nodze wpatrywał się tuman kurzu i dymu, z którego zaczął wyłaniać się wrak śmigłowca, postał tak chwilę, po czym machając rozpaczliwie rękami wrócił do pionu
– Zdzichu, co tu się dzieje?
Nikt mu nie odpowiedział, wszyscy z niemą fascynacją obserwowali niecodzienną sytuację. W pewnej chwili coś zgrzytnęło i śmigłowiec do tej pory wbity w nasyp przechylił się do tyłu i wzbijając kolejny tuman kurzu opadł na koła.
– Khe khe khe – wewnątrz zakaszlała jakaś kobieta – Maniuś obudź się, Maaaaaniuś. – zaszlochała,
– Nie rycz głupia – odpowiedział jej głos – jestem cały
– Ale Maniuś, jesteś ranny, oooo tu, i tu, Maniuś podarłeś sobie tą śliczną marynarkę od Jadwigi – szlochała dalej.
W pewnej chwili trzeci głos zapytał:
– Panie ministrze, czy wszystko w porządku
– Wydaje mi się że tak kapitanie, chyba mogę wstać – odparł spokojnie głos
– A pani rzecznik? – kontynuował wywiad kapitan
– Też dobrze, tylko panikuje durna baba – przerwał na chwilę minister – Krystyna nie becz, żyjemy, jest dobrze.
– Maniuś ja wychodzę – w jej głosie zapiszczała panika
– Ej, ej czekaj. Jesteś przecież jesteś g ….- próbował interweniować minister ale było za późno,
Coś zastukało, trzasnęło i z jękiem otworzyły się drzwi. Oczom Zdzicha i pozostałych ukazała się w drzwiach śmigłowca potwornie potargana kobieta około trzydziestki w samej bieliźnie. Dostrzegła ich i zastygła w bezruchu
– O Boże Maniuś, ktoś tu jest. – zapłakała znowu – tu są ludzie, chyba rolnicy, oni nas widzą, Maniuś będzie skandal – kobieta zawstydzona schowała się w głębi maszyny i zaniosła się spazmatycznym płaczem
– No i się doigraliśmy Krycha, doigraliśmy – zauważył trzeźwo minister
– Spokojnie panie ministrze, wyjdę pierwszy – łagodził sytuację kapitan, wychylił się z kabiny, postawił stopę na schodku i wyjąc z bólu runął na ziemię. Zdzich zareagował natychmiast i podbiegł do rannego pilota
– Jak się pan czuje – zapytał unosząc mu głowę
– Mam chyba złamaną nogę, w kabinie jest apteczka, proszę mi ją podać, sam się opatrzę, kontrola lotów zna współrzędne i zaraz tu ktoś będzie, wytrzymam. – wypluł z siebie jednym ciągiem pilot – ojjjjj, – jęknął – w apteczce jest morfina, niech się pan pośpieszy – wycedził przez zęby
– Gienek!!! – wydarł się Zdzichu – bierz kufajkę, daj ją tej gołej, niech się kobita okryje i właź do środka szukać apteczki – majster panował nad sytuacją
– Panie Janek!!! – kontynuował wydawanie poleceń – leć pan do kontenera i szykuj miejsce dla gości. Władza spadła nam z nieba, trza ich ugościć.
Kiedy Gienek wyszedł z apteczką ze śmigłowca Zdzich zajrzał do kabiny i zdębiał. Obok niezdarnie przykrywającej się kufajką półnagiej Krystyny siedział z zakrwawioną skronią i w podartej marynarce minister infrastruktury. „O w mordę, ten od dróg” pomyślał Zdzich. Dobrze go znał, nie raz klął na czym świat stoi kiedy widział go w telewizji.
– No no no, dobrze pan trafił. Na budowę autostrady – ryknął śmiechem majster – ha ha ha, i to z gołą babą, haaaaa ha – zanosił się śmiechem – Zapraszamy w nasze skromne progi, ha ha ha, oj przepraszam, jakie nasze, przecież pan minister jest u siebie – spojrzał z politowaniem na kobietę i szarmancko podał jej dłoń
– Panie przodem.

Goście zamknęli się w kontenerze, Gienek siedział przy rannym pilocie, pan Janek i Zdzich oceniali straty gdy z połówki przeciętego przez urwaną łopatę śmigłowca Toi-toia wyłonił się Jurek pomocnik dźwigowego. Stał tak niezdarnie dopinając spodnie i wydukał
– O kurcze, helikopter bez śmigła – chłopak dopiero wychodził z szoku a jego umysł, którego największym wyzwaniem do tej pory było przeliczenie wypłaty na flaszki nie ogarniał sytuacji. Zdzich zrozumiał wewnętrzne zmagania Jurka i zaśmiał się
– Ty się Juruś ciesz, że ty tam na dwójkę pobiegłeś, gdybyś się odlewał to by ci przy ptaku głowę obetło – rechotał majster – masz chłopie farta. – zamilkł gdy nad pobliskim lasem pojawiły się śmigłowce.
– Następni? Ja się chyba nigdy nie napiję browara – odezwał się w końcu pan Janek
– no – potwierdził jego obawy majster – nieprędko
Gdy śmigłowce wylądowały natychmiast wysypały się z nich dziesiątki ludzi w mundurach i kilku w garniturach, mundurowi rozpierzchli się po budowie a najważniejszy z garniturowców osłaniając ramieniem głowę przed małą burzą piaskową wznieconą przez wirujące wciąż wirniki śmigłowców podszedł do stojących nad rannym pilotem mężczyzn lecz na pilota nawet nie spojrzał
– Gdzie minister? – próbował przekrzyczeć ryk maszyn
Nie odpowiedzieli, tylko Gienek wskazał palcem kontener. Poszedł we wskazanym kierunku.
– Idziecie łajzy? – machnął ręką na pozostałych garniturowców – minister czeka, dawać mi tu.
Zmierzchało już gdy odlatywały ostatnie śmigłowce, została jedynie maszyna garniturowców. Czwórka budowlańców trzęsła się z zimna pod okiem niewzruszonego oficera BORu gdy otworzyły się drzwi od kontenera, z wnętrza ktoś krzyknął
– Dawaj ich tu
– Idziemy – sucho oświadczył oficer i odchylił płaszcz pokazując broń
– No przecież idziemy – nie próbowali protestować w obliczu argumentu BORowca
Wewnątrz stało trzech oficerów, a czwarty – ich szef siedział za biurkiem pana Janka. Zmierzył ich groźnym wzrokiem i zaczął mówić
– To co teraz powiem jest moją ostateczną ofertą, jeśli na nią nie przystaniecie, będziecie mieć ze mną do czynienia, a ja jestem bardzo niemiłym facetem – przerwał na chwilę, spojrzał każdemu po kolei w oczy i dał im chwilę aby dotarła do nich groźba – Oto moja propozycja. Różni ludzie będą was pytać o to co się tutaj dzisiaj stało, dziennikarze, prokuratorzy i inni. Powiecie im wszystko dokładnie tak jak było z jednym małym wyjątkiem – pani rzecznik rządu była ubrana i spokojna. W zamian każdy z was otrzyma dwadzieścia tysięcy w gotówce. Przyjmujecie propozycję?
Jurek prawie zemdlał z zachwytu, Zdzich przytrzymał go żeby nie upadł i wtedy Gienek nagle nabrał odwagi
– Łeee. Tylko dwadz…..
– Milczeć! – prawie krzyknął szef garniturowców – mówiłem, że to moja ostatnia oferta, jak naślę na was urząd skarbowy to wyssie was do zera
– Dobra bierzemy – uratował sytuację Zdzich i wbił łokieć w żebra Gienka – Cicho – szepnął
– No, to się dogadaliśmy – odetchnął szef – Zostaniecie tutaj na noc z moim człowiekiem, który pomoże wam uzgodnić wspólną wersję wydarzeń, przedstawi wam również konsekwencje niedotrzymania umowy. Dobranoc Panom.
Nad ranem wszyscy usnęli, wszyscy oprócz BORowca i Jurka, którego umysł zmagał się z największym w jego życiu wyzwaniem intelektualnym – przeliczał dwadzieścia tysięcy na flaszki, pocił się i dyszał. Był szczęśliwy.

Reklamy
Komentarze
  1. Marlena pisze:

    Roman jesteś cudowny ;))))) hehe buziaki dla żony.

  2. porcelanka pisze:

    No wszystko świetnie, ale żeby tak zmarnować okazję do powiedzenia tego i owego temu od dróg… ;PP

  3. Alice pisze:

    Po małej redakcji powinni Ciebie wydrukować w czymś ogólnopolskim!:D Historyjka jest zabawna, zaczepna i nawet udało się to i owo i tym i owym przemycić. Nieźle sie ubawiłam!

  4. Alice pisze:

    od publikacji do zarabiania na pisaniu – to długa droga. Ale historyjka jest zabawna i jest o kimś. A dziś ludzie lubią czytać teksty z poczuciem humoru i dla odprężenia

  5. zabczykwazji pisze:

    trochę żałuję, że zaczęłam czytać przygody Majstra od końca, ale tak czy tak dobrze się przy tym bawię : ) i choć specjalistą nie jestem, to mam wrażenie, że bardzo się „Majster Zdzich” literacko rozwinął przez ten czas 🙂

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s